wtorek, 27 grudnia 2016

Nasze Bieszczadowanie (i Tarnica po raz 4-ty) cz. 2

cd. 15.08.2016

Schodziliśmy z Chatki Puchatka mając wiele obaw o czas, którego wcale nie mieliśmy pod dostatkiem. Największą obawą było to, że z Berehów do Wetliny jednak jest trochę kilometrów i jeśli nie złapiemy PKS lub busika, będziemy marnować energię na spacer ulicą i ... wspomniany czas.

A droga w dół urocza, o poranku, przy miękkim świetle...













Praktycznie to był jakiś cud. Wyszliśmy na polanę, w odległości 50 metrów mieliśmy ulicę i przystanek. W tym właśnie momencie podjechał autobus, z którego wysypało się pełno turystów. Ruszyliśmy do biegu. Z tymi plecakami, kijkami i całym ekwipunkiem. Zauważył nas jeden z wysiadających i zatrzymał autobus. Udało się! Tarnica i plany na wielką pętlę bieszczadzką nie są stracone!

Przeładunki, załadunki, mądre pakowanie. Cały dzień na nogach przed nami, więc picia i jedzenia trzeba mieć odpowiednią ilość. Dojechaliśmy do parkingu w Wołosatem. Ilość aut była zatrważająca. Spodziewaliśmy się tłumu na szlaku. I tak też było...



Takiego widoku to najstarsi górale nie pamiętają...



Na szlak!




To tylko taka udawana radość na te schody tarnicowe... niestety..., ale rozwaliłam sobie na nich kolano :(





Dzikie tłumy pod wiatą ... :/


A tu nastała konsternacja. Mieliśmy wszystko wyliczone. Czas szczególnie, bo wiedząc, że Tarnica to tylko przystanek, a przed nami Wielka Pętla, to trzeba jednak mieć każda minutę na uwadze. Doszliśmy do punktu, w którym kończy się zalesienie. Usiedliśmy. Spojrzeliśmy na komórki i okazało się, że godzina jest wręcz tragiczna, a my poruszamy się jak muchy w lepie.
Powinniśmy być w tym miejscu co najmniej godzinę wcześniej. Kondycja chyba jakaś taka kiepska...
Chwila ciszy.
Załamanie.
I nagle olśnienie! Komórki przestawiły się nam na czas ukraiński! Jest wszystko dobrze. Można iść dalej :)

Dostaliśmy jakby dodatkowego paliwa rakietowego w nogi i praktycznie rekordowym tempem dotarliśmy już na zatłoczoną potwornie Tarnicę.









Aj Em :)


Tłumnie...


Ale Tarnica w ramach Korony Gór Polski - zdobyta!
1346 m.n.p.m.





Spadamy dalej! Teraz znów schody, ale w dół, do kolejnej przełęczy i kierujemy się na Halicz i Rozsypaniec.








Kolano pada od schodów, ale widoki piękne. 














































Była chwila grozy!


Halicz 1333 m.n.p.m. 
(ależ tam wiało!)































Kolejna wiata i chwila odpoczynku. 



Niesłychanie zaskakujące zakończenie tej trasy. Bardzo długa droga w lesie, wybrukowana i ... PŁASKA :)
Nie mniej - uroki dzikiego życia leśnego udało się złapać. I szaraczek i rudasek wpadli nam w obiektyw :)





Wracaliśmy zbliżając się do burzy. Niebo stawało się coraz bardziej sine, a my czuliśmy, że nasze płaszczyki przeciwdeszczowe w końcu się przydadzą. Na kilometr od parkingu ulewa była już potężna a w oddali strzelały pioruny. Nawet gdy zejdzie się z gór, to jednak obawa przed szalejącą burzą w górskich miejscowościach jest we mnie duża.

Zabraliśmy do Ustrzyk dwójkę ludzi. Dobry uczynek na koniec dnia. A ja wprawiłam się w jeździe na oślep po serpentynach ;)

A pamiątkowy filmik jest właśnie taki:

Kocham bieszczadować. Ten wyjazd był jak powietrze, jak dawka witamin, jak ... RESET najwyższego kalibru.
Miałam wszystko to, co kocham obok siebie. I chciałabym móc tak częściej :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz