poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Wyprawa życia - Islandia - Dzień 3

07.04.2016

Poranek przywitał mnie i Mariusza przepięknym wschodem Słońca. "Pani Wschodowa", bo tak mnie on nazwał, nasyciła oczy islandzkim wschodem słońca na tel pustej islandzkiej drogi. Czegóż chcieć więcej?












Wspaniały dzień, w którym kluczem była Droga, którą samodzielnie pokonałam jako kierowca. 
Celem wyprawy była góra, już chóralnie okrzyknięta sutkiem, a po drodze - pełno atrakcji.
Na sam początek tunel, ponad 5 kilometrów jazdy pod wodą i przepiękny widok na zatokę tuż po wyjeździe z niego. Droga wiodła, pogoda rozpieszczała. Kiedy daje się nieść drodze, zawsze sprzyjają mi warunki. To wynika z zaufania jakie daję Swojej Drodze.





































Pierwszy postój spontaniczny przypadł koło wielkiej ściany graniastych słupów. Wspinaczka w górę, by mieć wspaniały widok. Urocze miejsce - ciche i wyjątkowe, i bardzo odmienne od tego, co widujemy w Europie na codzień :)
































Kolejny postój to mała, ale spektakularna zatoka. Timelapse`y były kręcone u wszystkich i mimo zupełnie innego celu tej drogi, jakoś trudno było nam się stamtąd ruszyć.






A tuż obok "sutek" czyli Kirkjufell. Jeden z najsłynniejszych widoków islandzkich i obowiązkowy punkt każdej islandzkiej wycieczki. 
W tym miejscu spędziliśmy kilka godzin. Nie dbając o to, że droga przed nami jest daleka, i trzeba jeszcze z niej wrócić, syciliśmy swoje oczy i czekaliśmy aż światło ułoży się doskonale tak, jakbyśmy sobie tego życzyli.
W końcu jesteśmy bandą fotografów, kadry to jedno, a światło to drugie!


























Dalsza droga to plaża czarnych kamieni, jak również punkt, z którego można spojrzeć na ogromną, niekończącą się przestrzeń powulkaniczną. Kosmiczny widok.










Jako główny punkt spontaniczny tej drogi okazał się wulkan Saxhol, na który można wejść.











I w końcu finał. Czarna plaża, która zarazem zachwycała i przerażała. Woda w oceanie wzburzona niemiłosiernie. Lęk przed tym, że za chwilę nie będzie brzegu, na którym stoję i cykam zdjęcia. Za to zachwyt, że widzę coś tak nieziemskiego. Pięknego nawet gdy nie świeci słońce.


















I droga powrotna. Choć przez chwilę inną trasą, by nie było zbyt monotonnie. Na liczniku prawie 400 kilometrów. Niby nic, ale z taką mnogością wrażeń, oczy zamykają mi się bardzo. Zmiana kierowców była konieczna.



















Wieczór był pochmurny, ale zorza błyskała zielenią spod chmur :)



Klucz to się zatrzymać i móc własnym tempem KROCZYĆ dalej. Ty decydujesz jak szybko postawisz kolejny krok. Ty decydujesz czy w ogóle iść. Ty wiesz i decydujesz jak daleki/bliski to ma być krok.
Dla mnie dużym krokiem było pokonanie tej trasy samodzielnie jako kierowca i dotarcie nie tylko w zaplanowane miejsca, ale też w te, które podrzucał los. Krokiem do przodu jest dla mnie pozwalanie podróży się wydarzać.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz