niedziela, 17 kwietnia 2016

Bieszczadzka wyprawa PO PRZEBUDZENIE

Oto kolejna wyprawa rozwojowa coachingu w drodze i zen coachingu za nami. W marcu zdecydowałyśmy się zorganizować wyjazd dobierając daty nie przypadkowo. Otóż wraz z przesileniem wiosennym, które przynosi rozkwit, wiosnę i właśnie przebudzenie - postanowiłyśmy zorganizować przestrzeń, by temu tematowi się poprzyglądać.

17.03.2016

Spotkaliśmy się o 17:30 i zespołowo wyruszyliśmy w kierunku Wetliny. Prognozy pogody były bardzo złe na sobotę, więc jechaliśmy z perspektywą wyjścia w góry praktycznie w 3 godziny po dotarciu na miejsce. Według prognoz piątek zapowiadał się pogodnie, za to wieczorem miał nadciągnąć front i załamanie pogody. W takim przypadku wyjście w góry nie miałoby sensu, tym bardziej w nocy, po wschód słońca. Dotarliśmy po północy. Krótka chwila na sen. Budzik wyrwał nas z najmocniejszej fazy snu. Jak iść? Jak żyć? ;)

18.03.2016

3:30. Pobudka. Nie było czasu na nic. Zrobiliśmy tylko kawę w termosy. Prowiant jakimś cudem mieliśmy przygotowany wcześniej. Oczy trudno rozkleić ze snu. Jednak po chwili wsiedliśmy w samochody i wyruszyliśmy z Wetliny w kierunku Ustrzyk Górnych. Było ciemno i już zwyczajowo koło Berehów Górnych zatrzymała nas Straż Graniczna na rutynową kontrolę. Ciekawe co sobie myślą CI panowie zatrzymując co rusz jakich ludzi, którzy tłumaczą, że jadą na wschód słońca z Tarnicy :)


Drobne narady i motywacja.


To nie jesień. Nie październik. Świt przychodzi bardzo szybko.





Potrzebne są chwile na odpoczynek. Łyk wody. Głęboki wdech. Uspokojenie serca.




Urokliwa drewniana chatka, w której rozpoczęliśmy proces. Użyłam drewienek, które posłużyły za drogowskaz do intencji, w której szedł każdy z nas.




Ale wschód nie poczeka! A to on symbolizuje przebudzenie.








To wyjątkowo trudne podejście dla mnie. Droga za kierownicą i 3 godziny snu nie pozwalają w pełni korzystać z potencjału. Ale uśmiech jest nieustannie - w końcu jestem w Bieszczadach!





Już za chwilę zobaczymy spektakl!


Lekko zachmurzone, ale jest. I cudnie nas rozgrzewa.






Chwila zadumy i czas ruszyć dalej. Na Tarnicę!










Po zeszłorocznej wyprawie w czerwcu, to miejsce to już tradycja. Zdjęcie tutaj to taki mały obowiązek ;)





Pod słońce - ku Tarnicy! Na mojej własnej drodze umacnia się chęć zdobycia Korony Gór Polski.














































15 minut dzieli nas od Tarnicy. Już niedaleko. Jeszcze momencik :)




Zasłużony odpoczynek. Jest 8:20 a my witamy wiosnę na szczycie Tarnicy. Temosiki, czekolada, uśmiechy. 
Wyciągnęłam też kolejne narzędzie do pracy coachingowej - Karty Twórcy. Uczestniczki znów mogły podzielić się refleksjami z drogi, którą do tego momentu odbyły.










Pierwszy szczyt z 28 Korony Gór Polski zdobyty! Zdobędę wszystkie! :)







Schodzimy do Wołosatego.



To nie było łatwe i bezpieczne. Cieszę się, że praca nad lękiem wysokości przynosi rezultaty :)








Jest bardzo, bardzo ślisko!





Bez względu na warunki - można zawsze pocoachować w drodze :)



Można też poprzytulać się do drzew :)



Można też chwilę odpocząć w podobnej chatce jak ta od strony Ustrzyk :)









Moje ulubione bieszczadzkie miejsce mocy <3





















Po powrocie do Wetliny mieliśmy przed sobą jeszcze połowę dnia i plany na naleśniki w Chacie Wędrowca. Ale niestety się nie udały. Sezon jeszcze nie otwarty, więc kupiliśmy w ABC słoiki z pulpetami i zrobiliśmy sobie extra wyżerkę grupową :)

19.03.2016

Kolejny dzień posłużył temu, by wszystko to, co pojawiło się w naszych głowach w drodze - poukładać. Warsztat zen coachingowy, który przygotowała dla nas Karolina obfitował w bardzo ciekawe ćwiczenia. Korzystałyśmy z kart, rysowałyśmy, medytowałyśmy, pracowałyśmy w parach, milczałyśmy lub mówiłyśmy - wszystko na jeden temat: co w sobie chcesz przebudzić?




Po warsztacie, korzystając z coraz dłuższego dnia, wybraliśmy się na spacer po Wetlinie. Tradycyjnie już nad rzekę i na tzw. "wyciąg".







Wieczór w Bazie Ludzi z Mgły. Rozmowy. Podsumowania. 





 20.03.2016 

Skoro świt udaliśmy się w kierunku naszych domów. Ja z M. skorzystaliśmy z zapasu czasu i odwiedziliśmy w końcu Muzeum Beksińskiego w Sanoku, ale o tym.... kolejnym razem :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz