sobota, 20 czerwca 2015

Węgry ponownie - ale w innym wydaniu - Nagykallo

27.04. - 01.05.2015

Jest takie małżeństwo, które jest dla mnie jak rodzina. Wystarczyło się kiedyś spotkać i jakoś tak zostało :)

Tym razem otrzymałam zaproszenie na tygodniowy wyjazd na ryby. Nim odpowiedziałam twierdząco, przemaglowałam ten temat w sobie dość intensywnie. 
- Ja na ryby? Po co?
- Ale co ja tam będę robić?
- I nic nie będę zwiedzać?

Dźwięczały mi ograniczające przekonania w głowie, których nie mogłam za żadne skarby uciszyć. Tak nadaktywny człowiek jak ja nie powinien przecież narażać się na tydzień marazmu... 
Bogowie! Jak bardzo się myliłam...........

Wewnątrz coś mi kazało zdecydować się na ten wyjazd i na dobrą sprawę wygrało to, że będę mogła znów gdzieś pojechać. W głowie układałam scenariusze spacerów i czynności do wykonania. Nadrobię zaległości, coś napiszę, coś przepiszę, coś... coś..... 

Tuż po przyjeździe na miejsce dostałam telefon z prośbą o przesłanie jakiegoś tam maila. I pomyślałam sobie, że to dobry znak. Spojrzałam na Michała jakimś takim błagającym wzrokiem i usłyszałam:
- Ja mam telefon wyłączony. Włączę go dopiero w Polsce.

Niewiele się zastanawiając zrobiłam dokładnie to samo. I zaczął się PRAWDZIWY ODPOCZYNEK.

Pojawił się kot, z którym można było się bawić bez końca:




Pojawiły się widoki, którymi można się było napawać:












Pojawiła się cisza, która tak bardzo pozwalała odpocząć, że mogłam nagle spać po 4 godziny i być wypoczętą! Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo zmęczenie płynie z przeładowanej myślami głowy. 

Była też Pani Kaczka z kaczętami, z którą odbyłam setkę "rozmów" o rodzicielstwie:



Były też spacery 3 kilometry w jedną stronę do sklepu, by móc przyrządzić na ogniu jedzenie:


Było rąbanie drewna za którym tęsknię! (tak... bo czemu by nie?)




Okazało się, że na wszystko jest czas, tylko nie na to, co sobie zaplanowałam. Nie tknęłam nic, kompletnie nic, nawet jednego zaplanowanego na ten czas zadania. Nie miałam łączności ze światem i było mi z tym tak bardzo dobrze.

A to wszystko w tak pięknych okolicznościach przyrody :)









No dobra! Ryby też łowili ;)


Okazało się, że wcale nie trzeba ciągle gdzieś gnać. Że nie muszę. Że mogę leżeć, patrzeć, milczeć i robić jedno wielkie NIC. Nie wiem czy to zasługa Węgier, które są specyficznie nostalgiczne (o czym wspaniale pisze mój ulubiony autor Krzysztof Varga) czy może to zasługa towarzystwa? Nie wiem. Cokolwiek się wydarzyło:
- była na to przestrzeń
- była na to pora
- była na to potrzeba

Chcę jeszcze raz! Albo nawet kilka!

Ps.
Jest film :)

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz