sobota, 28 marca 2015

Belgia - Bruksela (pierwszy trip 2015)

12.01.2015

Z wielkim opóźnieniem, jednak miałam swoje powody, by zwlekać z wpisem dotyczącym wizyty w stolicy Europy. Ale od początku :)

Przyleciałam po pracy do Charleroi. Na miejsce, a konkretne w okolice dworca kolejowego Brukseli, dotarła grubo po 22:00. Zdecydowanie dałam ciała, bo mapka, którą wydrukowałam, a która miała mnie zaprowadzić do hostelu, była zbyt ogólna i nie wskazywała na żadne logiczne kroki, których powinnam się podjąć.
Mimo wszystko ruszyłam przed siebie. Szłam to tu, to tam. Pytałam ludzi, zaczepiałam pijanych i odbijałam się od niewiedzy, uśmiechów, ignorancji i nierozumienia języka angielskiego.
Dotarłam w końcu na postój taksówek. Pomyślałam: "oj tam, pal licho tę kasę, ważne jest moje bezpieczeństwo". Lecz kierowca odpowiedział mi najbardziej ironicznym tonem jaki znam: "nie po to tu stoję 2 godziny, by wieźć cię tu niedaleko za 10 euro". Poprosiłam więc o wskazanie drogi, ale ten niestety wskazał mi ją błędnie. 
Szczerze? byłam spanikowana. Jest noc. Ja jestem zmęczona. Dźwigam plecak. Jest mi zimno. Chcę położyć się spać. Kręcę się dookoła jakiegoś placu. Przeglądam rogi ulic, przecznice. Nigdzie nie ma nazwy hostelu, który wybrałam i w którym zarezerwowałam nocleg. I w pewnym momencie słyszę:
- "Madame! Madame! Cava?"
- odpowiadam w języku angielskim, że się zgubiłam (nie znam francuskiego). Tłumaczę temu człowiekowi (czarnoskóremu i bardzo wysokiemu) z zaangażowaniem, że nie wiem gdzie ten hostel jest i może będzie  w stanie mi pomóc.
Nastał ten moment, w którym rozumie się wszystkie języki świata. "Miły" czarnoskóry człowiek powiedział po francusku, że jeśli pójdę z nim do niego, to problem z hostelem zniknie.

Voila! Ilość adrenaliny pozwolił mi zebrać się w jednej milisekundzie. Krzyknęłam tylko w swoim narzeczu komunikat odmowny z domieszką pewnych niecenzuralności i czym prędzej uciekłam. 

Byłam zrezygnowana. Bałam się podejść do kogokolwiek. Włączyły się uprzedzenia rasowe, płciowe i wszelkie inne. Ale rzekłam sobie w duchu:
"Wszechświecie - pomóż mi znaleźć drogę do tego hostelu!". 
Na mojej drodze pojawia się 3 hindusów. Są rozbawieni, ale postanawiam zaryzykować. Pytam czy mówią po angielsku. Tylko jeden mówi. Tłumaczę historię od początku. Wyciąga telefon bez słowa. Jestem spanikowana, ale w duszy mówię sobie: "zaufaj". W swoim rodzimym języku wytłumaczył coś temu po drugiej stronie słuchawki, po czym oddał mi ją i powiedział: "speak!"

Człowiek po drugiej stronie znalazł miejsce w którym mam zarezerwowany nocleg, potem zapytał gdzie dokładnie teraz stoimy, po czym kazał oddać kolegę do telefonu. I ten oto człowiek bez słowa zaprowadził mnie pod same drzwi hostelu. Nie mogłam się mu nadziękować. Happy end!

W recepcji zrobiłam nie wiadomo czemu awanturę, że nie da się do nich trafić i co to ma znaczyć. Rozbawiłam recepcjonistów na tyle, że do końca pobytu miałam darmową herbatę za każdym razem, gdy przychodziłam trochę posiedzieć w miejscu gdzie jest zasięg wi-fi.

Tak nie może się zaczynać dobry pobyt za granicą, prawda? :)

13.01.2015

Dzień rozpędza się tu dość długo. O 8:00 jest nadal ciemno więc trudno wybrać się o tak wczesnej porze na zwiedzanie stolicy. Nie mniej pokrzątałam się trochę, przejrzałam przewodniki, wyłudziłam mapkę turystyczną centrum Brukseli i ruszyłam na śniadanie.
Zaskoczenie było ogromne. Każda ulica, którą zmierzałam do centrum usłana była sklepami z żywnością dla muzułmanów. Wszędzie tabliczki i naklejki w witrynach "100% halal". Szukałam zatem jakiejkolwiek przestrzeni, gdzie nie koniecznie zaserwuje mi ktoś kebaba, a normalnie nakarmię się chociażby bagietką. Znalazłam tylko jedno takie miejsce. Do kilku z pewnością by mnie nawet nie wpuszczono z uwagi na płeć i sposób noszenia się. Smutne i zatrważające jest gdzie zabrnęła stolica Europy, miejsce gdzie Europejskość powinna być symbolem a nie mniejszością w zakamarkach bruku ulic.

Dotarłam do ścisłego centrum dość szybko. Mżawka nie pozwalała odczuwać satysfakcji z poznawania nowych miejsc. Można powiedzieć, że wszystko, co było trzeba, obleciałam. 

Niestety nie pamiętam jak nazywał się ten kościół.





 Symbol Brukseli - sikający chłopiec (Manneken Pis)




Za chwilę płyta rynku głównego



 Ratusz



 Katedra











 Bardzo dziwny dworzec autobusowy


Pasaż handlowy na wzór tego z Mediolanu 






Belgijskie przysmaki czyli czekolada i piwo :)






Gofry przy Manneken Pis (sikającym chłopczyku - symbolu Brukseli)




Brukselska klatka ściekowa



 Manneken Pis


 Turyści pod Manneken Pis






Starałam się wycisnąć z tego dnia jak najwięcej. Pogoda nie wspierała. Gdyby mieć na to budżet, można było ten dzień spędzić na degustacji belgijskiego piwa. Niestety - przy nisko budżetowej podróży trzeba się powstrzymać i darować sobie taką uciechę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz