poniedziałek, 30 marca 2015

Belgia - Brugia

14.01.2015

Opuszczenie choć na jeden dzień stolicy Europy jest wytchnieniem. Poniesienie kosztów ok. 20 Euro za bilet na pociąg do Brugii i powrotny jest niewygórowaną inwestycją. Po pełnej dobie w Brukseli, jedyne o czym myślałam, to ucieczka z tego miejsca - gdziekolwiek, jak najdalej, teraz, już!

Zaskoczyło mnie bardzo to, że o 8:00 nadal jest dość ciemno i dzień wygląda tak, jakby się jeszcze nie zdołał zacząć. Trafienie na odpowiedni peron jest możliwe przy pomocy informacji, gdzie człowiek w okienku z dużą dozą opanowania i spokoju wskazuje odpowiedni peron i kierunek jazdy pociągu.

A zatem zapowiadał się wspaniały dzień, ponieważ jako córka kolejarza, będę mogła przemierzyć kolejne kilometry pociągiem i dodać do swoich doświadczeń kolejne - tym razem belgijskie.
I podobnie jak Holandii - belgijskie koleje zaskakują punktualnością oraz komfortem jazdy. Przyjemność podróży w takim pociągu, gdzie jest cicho, czysto i spokojnie, koiła do bardzo głębokiego i bezpiecznego snu.

Droga z Brukseli do Brugii trwa godzinę z haczykiem, więc mniej więcej o 9:15 znalazłam się na miejscu. Plan, jaki miałam to zdobycie mapki miasteczka w informacji turystycznej, jednak ta otwierana była dopiero o 10:00. Przede mną 45 minut oczekiwania w dworcowych barach. Jednak zauważalna była zmiana atmosfery. Ludzie byli bardziej uśmiechnięci, życzliwsi i jacyś tacy.... BELGIJSCY. Poczucie bezpieczeństwa u mnie wzrosło. Zdecydowałam się na słodką bułkę i kawę. Przy okazji prosząc baristę o podładowanie telefonu.
Tuż po 10:00 zdobyłam mapkę i wyruszyłam na podbój średniowiecznego miasteczka jakim jest Brugia.

JEŚLI CIEKAWI CIĘ HISTORIA - KLIKNIJ

A oto co tam zobaczyłam:


Już na starcie pojawia się urokliwa zabudowa.

 Ratusz


 Pod namiotami targowisko wyrobów lokalnych (warzywa, owoce, kwiaty, ryby, mięso)



Trafiłam tymi schodami do pięknej kaplicy




Za każdym rogiem właśnie tak











Czas na fryty z Romczysławem ;)










Nie przygotowałam się do zwiedzania tego miasteczka. Nie miałam przewodnika, a mapkę z Informacji Turystycznej raczej trudno nazwać dobrym wskaźnikiem zabytków i informatorem. Mam też poczucie, że pora przyjazdu tutaj nie była trafiona. Nie zwiedziłam chociażby Muzeum Frytek z uwagi na to, że trwała właśnie przerwa noworoczna, która kończyła się z kilka dni. Co za ironia losu!

Miejsce zyskuje, gdy zaświeci słońce. Miałam okazję przyglądać się mu gdy padało, później z akompaniamentem ołowiaych i ciężkich chmur, a na koniec z przebłyskami słońca i błękitengo nieba. Dlatego uważam, że najlepszą porą jest wiosna bądź lato, choć pewnie generuje to znacznie większy ruch turystyczny niż widziałam.

Pomimo wysokich cen, warto zainwestować w nocleg na miejscu (chociażby w hostelu w sali wieloosobowej jeśli takową hotel dysponuje) i poświęcić na krzątaninę po tym miasteczku minimum 2 dni. W końcu to przecież flamandzka Wenecja!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz