środa, 31 grudnia 2014

Wiedeń - jednodniówka intensywnie

08.11.2014

Drugie i w końcu skuteczne podejście do stolicy Austrii. Rzecz jasna niewiele zabrakło, a znów nie doszłoby do skutku zwiedzanie. Jednak zdrowy egoizm i brak sentymentów, zawiodły mnie na właściwy przystanek polskiego busa. Przejechałam 12 godzin kołysząc się na wygodnym fotelu. Taka medytacja w drodze. Takie układanie myśli. A było co układać!

Kiedy dotarłam na miejsce z tego oto dworca (poniżej) miałam udać się pojazdem szynowym nr 8 do hostelu. Niestety miałam informację, że ta ósemka to pociąg, co było niezgodne z prawdą. Jak to zwykle w moim życiu bywa na stacji poznałam kobietę, która okazała się Polką i zaprowadziła mnie na odpowiedni przystanek tramwajowy. Anioły jak zwykle czuwają :)


Po dotarciu do hostelu niestety nie udało mi się zmienić rezerwacji z pokoju dla 2 osób na łóżko w dormitorium. Ucierpiał mój portfel, a i ja się wściekałam, że warunki są nieadekwatne do mocih przyzwyczajeń (zbyt ekskluzywne).
Pobiegłam czym prędzej po austriackie trunki na otarcie łez i już "spokojniejsza" zanurzyłam się w objęcia Morfeusza ;)


Wstałam, jak zwykle w podróży, o barbarzyńskiej porze (6:00), więc nie zastanawiając się wiele - wybiegłam z hostelu i pojechałam do Stefanplatz. A tam rzecz jasna najważniejszy punkt programu czyli katedra gotycka pw. Św. Szczepana.











Po uczciwym zwiedzeniu katedry w kiszkach odezwał mi się charakterystyczny odgłos zwiastujący solidny głód. Przecież tak sobie łaziłam bez śniadania! A zatem kolejne 20 minut poświęciłam na poszukiwanie odpowiedniego miejsca, w którym mogę zjeść coś innego niż naszpikowanego chemią donuta ze Sturbucksa.

Znalazłam gdzieś na uboczu taką uroczą kawiarenkę. A tam zestaw "zrób to sam" w postaci kawy latte oraz pyszna bagietka z szynką i serem brie.



Po śniadaniu czas na kolejne punkty. Jako następny - Siedziba Zakonu Krzyżackiego. Uwielbiam móc postawić stopę w aż tak historycznych miejscach. 




Zaplanowałam również wizytę w domu Mozarta. Jest to jeden z kilkunastu, które zamieszkiwał, ponieważ co rusz przepuszczał wszelkie zarobione przez siebie pieniądze. Niestety nie można w środku robić zdjęć. Za to mogę zapewnić, że warto się tam wybrać. Otrzymałam w cenie słuchawki z polskojęzycznym przewodnikiem i mogłam spokojnie, we własnym tempie spacerować po wszystkich komnatach. 


Sklep z kostiumami i maskami na przeciwko domu Mozarta. 


Po kilku godzinach okolice katedry św. Szczepana zapełniły się dorożkami. 


Ten zegar (Ankeruhr) mocno przekonał mnie do tego, by zawitać do Muzeum Zegarów.


Jedyny (przynajmniej w obrębie Ringu) romański kościół pw. Św. Ruprechta. W środku gołe ściany :(



Jedna z uliczek, a na prawej jej części albo synagoga, albo miejsce, w którym spotykają się Żydzi. (trudno mi było to zweryfikować mając tylko 1 przewodnik i praktycznie brak informacji na budynku poza napisami w ichnim alfabecie)



Szukałam czegoś zupełnie innego.  Mapa mówiła co innego, nogi niosły w inne miejsce, aż nagle oczom moim ukazał się ten kościół. Swoją drogą wart uwagi (jak zawsze, gdy coś znajduję spontanicznie i przypadkowo). To Kościół Wotywny.










A przed wejściem kieliszek :) 


Uniwersytet


Hofburg


Nowy Ratusz


Hofburg




Kościół Minoriten



Kościół Św. Michała


 Plac Św. Michała





Kościół Św. Michała







Kościół Św. Piotra




Wspaniałe i godne uwagi Muzeum Zegarów.
(poniżej tylko niektóre eksponaty)

















Koniec końców przyszedł czas na posiłek. A jak posiłek, to jednak wypada zjeść coś lokalnego. Rzecz jasna padło na sznycel wiedeński z sałatką kartoflaną. Wylądowałam w miejscu magicznie popieprzonym! Wszędzie kręcili się eleganccy kelnerzy robiąc kolejnym, napływającym gościom miejsce, natomiast niezbyt zwinnie obsługiwali tych, którzy już zasiedli. Na swoje menu czekałam około 20 minut. Na herbatę ok. 15 kolejnych. A jeszcze kilkanaście zajęło przyniesienie zamawianego dania. Dookoła przy stoliku wraz ze mną siedziało mnóstwo ludzi, którzy przyszli tu raczej na kawę i papierosa. A ja zamówiłam:
- herbatę earl grey
- sznycla

Otrzymałam:
- dzbanek z wrzątkiem, torebkę earl grey, szklankę wody, filiżankę, łyżeczkę, brązowy cukier i dzbaneczek mleka (??!!!)
- dwa wielkie kawałki sznycla w panierce tak chrupkiej, że aż uwierzyć do dziś nie mogę oraz sałatkę kartoflaną, która nie zrobiła na mnie wrażenia 



A potem spotkanie z Anią, która tu chwilowo studiuje. Pogoda nie sprzyjała na spacer, ponieważ ciągle coś siąpiło z nieba. Zdecydowałyśmy się na piwo w jednej z typowo wiedeńskich "mordowni", gdzie w kłębach dymu papierosowego popijałyśmy lokalne piwko. I dużo gadałyśmy jak baba z babą :)

Dzień minął niepostrzeżenie. Z rana trzeba szybko zmykać na polskiego busa i wracać do domu. Chce się tu wrócić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz