poniedziałek, 24 listopada 2014

Moja Europa - J. Andruchowycz, A. Stasiuk

Kolejna tęsknota okraszona wielkimi i pięknymi słowami. Tak jakby miały one zrekompensować stratę mitu Mitteleuropy. Bo nie można się pozbyć wrażenia, że taka wymarzona Europa dla obu autorów nie istnieje.

Czytałam te płynące słowa i dopadały mnie 2 uczucia: rozkosz podróży, poznawania nowego, ale też smutek i nostalgia, która w moim odczuciu stała się synonimem Europy Środkowowschodniej.

W obu opowieściach dominuje samotność, która pozwala poznawać kolejne skrawki map bardzo dogłębnie. Samotność, która nie męczy, która daje szerszą perspektywę, a z podróżującego tworzy świątynię skupiającą obrazy, dźwięki, słowa i smaki. Jakkolwiek Andruchowycz nie podróżuje fizycznie, ponieważ przedstawia skrzętnie swoje wspomnienia i historię, sięgając nawet czasów 100 lat w przeszłość, zgłębiając przed czytelnikiem swoje drzewo genealogiczne, tak Stasiuk przemierza ziemie Słowacji i Węgier ukazując prostotę i piękno miasteczek i wsi w tych krajach.

A mając w ręku tylko książkę, bez ołówka, gubi się setki zdań mających uniwersalne znaczenie. Chociażby takich:

„Jeśli miałbym wymyślić dla Europy Środkowej jakiś herb, to w jednym z jego pól umieściłbym półmrok, a w innym – pustkę.”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz