piątek, 31 października 2014

Wschód - Andrzej Stasiuk

Jest w książkach coś, co lubię szczególnie – spokojna, cicha, niewulgarna nostalgia. I niewielu autorom udaje się ten stan uzyskać. Przynajmniej tym, których w swoim życiu poznałam.
Jednym z nich jest Varga, choć tu nie ma co się dziwić… węgierską nostalgię ma wpisaną w kod genetyczny. A kolejnym jest Stasiuk. I zastanawiam się jak wielki wpływ na to miał zakorzeniony w nim wschód.

Stasiuk zabrał mnie w podróż nie tylko po wschodnich pejzażach, ale też pozwolił na doświadczanie kinestetyczne wszystkiego co ze wschodem związane. Podróż ta nie tylko odbywa się w przestrzeni. Autor przesuwa w czasie, co wspaniale koresponduje z prostotą tamtych minionych lat. Człowiek tą książką oddycha. Medytuje nad minionym, dotyka przeszłego w teraźniejszości. Jakby granice czasu przenikały się niczym dym papierosowy czyste powietrze. I te niewyszukane, dobrze rozpoznawalne zapachy… Wydzierają z liter, akapitów, znaków przestankowych.
Granice kraju i krajów nie są wyraźne. Osadzenie w czasie rozmywa się. Nie ma bohaterów, jest tylko monolog wewnętrznego, znostalgizowanego pisarza. A ja płynę… płynę na ten wschód i z coraz większym spokojem zatapiam się w stepy, prostotę, a nawet chorobę wysokościową. We wszystko. Osadza się to we mnie i na mnie. No nikt tak nie potrafi teleportować słowem!

Obudziła się we mnie tęsknota po przeczytaniu tej książki. Jakaś taka nieokreślona, ale jednak odczuwalna. Majaczy mi się widok z okna. Stoję przy nim, na parapecie stoi kawa, w ręku papieros, a za oknem równina…

I tego oczekuję po książkach. Jakiegoś poruszenia do głębi, jakichś tęsknot, jakiegoś… otwarcia. Otworzyłam się na Wschód :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz