czwartek, 31 lipca 2014

Finlandia - Helsinki - Dzień 2 (pełnia)

13.07.2014

Ależ intensywny dzień! Dokładnie tak, jak sobie wymarzyłam plus kilka bonusów, które wniosła Dominika. Spotkałyśmy się w samo południe pod hostelem i wyruszyłyśmy na podbój Helsinek.

Pierwszym punktem był pchli targ w miejscu, w którym jeszcze 2 tygodnie temu odbywał się Tuska Festival. Prawdziwie piękne wydanie industrialnych krajobrazów, w których można również odnaleźć elementy street artu. Zaczęłam od dobrej strony ;) Bo dla mnie to apetyczne kąski fotograficzne.














 i trochę fotek z komórki









 (BETONIIIIII) :D


Dalej droga wiodła poprzez port przemysłowy, na którym również odbywał się kolejny pchli targ. Okazuje się, że to w helsinkach dość popularna metoda handlu używanymi rzeczami. Choć by móc cos sprzedawać należy uiści opłatę, która niejednokrotnie jest równowartością naszego arsenału.
Ciekawostką była kawa w kawiarni w kontenerze transportowym. Dosłownie kawałek dalej, mijając pchli targ nr 2 i też DJ, który umilał muzycznie wszystkim zebranym niedzielne popołudnie natrafiłam na stojący kontener. A wokoło niego zgromadzenie są ludzie, którzy rozmawiają, popijają kawkę lub siedzą na workach z „czymś miękkim” w środku. Takie zupełnie inne miejsce. Kontener, w środku 2 baristki, ekspres, mnóstwo dobrych smakołyków i ciast. Cudo! Przysiadłyśmy na kawie by móc się obudzić, nabrać sił na dalsza drogę i też poczuć helsinską energię. Niesamowitym doznaniem dla mnie jest zawsze zatrzymać się, kupić kawę, wdychać powietrze o innym zapachu niż te do tej pory poznane i wsłuchiwać się w melodię zupełnie abstrakcyjnego, nowego języka.

Cel dzisiejszego wypadu był jednak porządnie rozpisany, więc w drogę! Ku opisanym w przewodniku zabytkom.

Na początek udałyśmy się w kierunku najstarszego drewnianego domu z 1818r. (RUISKUMESTARIN). 



Udało się dzięki temu przejść obok instytutu psychologii Uniwersytetu Helsińskiego. Zaskakująco pięknie wyremontowany budynek. 


Dzielnica tu jest coraz bardziej nasycona kamienicami, ma się wrażenie, że jest się miejscami w Tallinnie i tak nagle, niepostrzeżenie za ostatnią linią pięknych budynków znalazłyśmy się w jednym z portów dla prywatnych łodzi. 











Zrobiło się coraz bardziej romantycznie, ponieważ mam takie przekonanie, że wszelkie miasta z dostępem do morza oraz dużych rzek, czyli wszędzie tam gdzie są łodzie – to miasta z romantyczną duszą. Tak mam i może dlatego tak bardzo urzekł mnie Dunaj? :)
Te wszystkie zacumowane łodzie, niektóre nowe, niektóre nadgryzione zębem czasu. Dla mnie to trochę taki widok tęsknoty i nostalgii. Taka łódź zabrać mnie może wszędzie. Mimo górskiej duszy jakoś rozczula mnie taka aura. Coś w tych nadmorskich miastach jest. Jakiś inny duch.







Okazuje się, że każdy kolejny kilometr trasy nasycony jest ciekawostkami. Okolice terenu Ortodoksylnej Cerkwii (katedra uspieńska – SUPENSKIN KATEDRAALI) obfitowały w kolejny znaleziony punkt z coachingiem, jak również pięknie zagospodarowaną na rybacką modłę przestrzenią. 





Idąc dalej (bo cerkiew była niestety zamknięta) znalazłam się w miejscu skąd kolejnego dnia zamierzam popłynąć na jedną z wysp. Dodatkowo trafiłam na opisywane w przewodniku targowisko (KAUPPATORI), na którym miałam przyjemność zakosztować mięsa renifera. Przepyszne! Tuż obok znajduje się pomnik nazywany „Wykałaczka”, na którego cokole znajduje się złoty orzeł. Jest symbolem jednej z wizyt cara Mikołaja I i pochodzi z 1835r.





A w około pięknie! Jest ruch, jest życie, są ludzie, których tu w Helsinkach jakoś jak na lekarstwo.  Kilkaset metrów dalej znalazłam kościół luterański (HELSINGIN TUOMOKIRKKO) – neoklasyczna katedra pw. Św. Mikołaja, na której dachu umieszczonych jest 12 Apostołów. Wnętrze otwarte jest dla ruchu turystycznego i zwolnione jest z opłat, jednak wewnątrz bardzo ascetyczne nie ukazuje miłośnikom architektury sakralnej niczego. By wejść do środka, trzeba wspiąć się po 40 schodach, a sama katedra mieści się przy placu senackim (SENAATINTORI).





Ostatni punkt programu przed nami, choć po drodze Dworzec, Muzeum Sztuki Współczesnej i Dom Fiński. 








Nogi bolą coraz bardziej, ale misja przywiezienia kamienia jest kluczowa. Docieramy do najdziwniejszego kościoła jaki kiedykolwiek widziałam. A mowa o Kościele Miejsca Świątynnego (TEMPPERLIAUKION KIRKKO) . Powstał ok. 40 lat temu po rozsadzeniu skały dynamitem. Kopuła tego kościoła mierzy 24 metry, a dach pokryto paskami miedzi, których łączna długość wynosi 22 kilometry.






Kamień udaje się znaleźć i dodatkowo dosłownie na ostatnią chwilę udaje mi się wejść do środka. A wnętrze robi ogromne wrażenie. Jestem zdumiona na tyle, że nie czuję w ogóle przepływu czasu i z zachwytu wybija mnie komunikat płynący z głośników, że kościół właśnie jest zamykany.

Dominikę i mnie dopada zmęczenie. Nogi coraz mocniej dają się we znaki. Czas się pożegnać i wrócić do hostelu. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam, choć w Sali obok rozgrywał się jakiś ważny mecz mistrzostw czegośtam ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz