czwartek, 31 lipca 2014

Finlandia - Helsinki - Dzień 1 (oraz docieranie)

11.07.2014

Moja podróż do stolicy Finlandii zaczyna się już w piątek o godzinie 16:00. Stacjonowałam w Poznaniu wykonując pewne zlecenie i dosłownie na tzw. styk zaplanowałam przemieszczanie się z jednego do kolejnego punktu. Na początek już o 16:30 miałam znaleziony od tygodnia blablacar, który jechał do Warszawy. Specjalnie sprawdzałam, czy kierowca jedzie autostradą czy też ją omija, bo przecież najważniejsze to zaoszczędzić trochę czasu i nie musieć biec.
Udało się. Byłam na 20:00 w Warszawie, chociaż planowałam, że wcześniej niż na 21:00 nie dotrę. Powstały zapas 3,5 godziny postanowiłam wykorzystać na chwilowe poczucie energii domu, której mi od dawna brakuje. Odświeżyłam się, naładowałam energią na tyle silną by móc dotrzeć do PB, a tam zdecydowanie zasnąć. Jeszcze tylko kontrolny telefon do korporacji taksówkowej, czy aby na pewno wiedzą i pamiętają, że o 4:25 ma ktoś na mnie czekać. Tak, wiedzą. Ufff… Upragniony sen.

12.07.2014

Z wielką nieprzytomnością zbudziłam się słysząc standardowy komunikat w Polskim Busie. Nie do końca wiedziałam co się dzieje, lecz za chwil kilka już miałam być na dworcu autobusowym w Gdańsku, w związku z tym trochę automatycznie zebrałam się i od razu wystrzeliłam jak z procy w kierunku taksówki. Rozpoczęła się kolejna walka z czasem. Droga do lotniska z centrum Gdańska trwa kilkanaście minut, więc tak naprawdę ryzyko teraz tkwi w ilości osób, które również lecą, oraz ilości lotów, które odbywają się w tym samym czasie w innych kierunkach. Każdy samolot to przecież ok. 200 osób do odprawy.
Lotnisko w Gdańsku widziałam pierwszy raz i muszę przyznać, że aż żałuję, że nie miałam odpowiedniej ilości czasu by posnuć się po jego obu częściach. Wygląda dobrze. Jest intuicyjnie zbudowane i rozplanowane. Wszyscy są bardzo dobrze zorganizowani – 3 loty wizzair w tym samym czasie, a ja nie czułam by miało to jakiś wpływ na sprawność obsługi. Jedynie ceny przygotowują na szok cenowy w Skandynawii. To jednak na lotniskach normalne.
Sam lot do Helsinek trwał krótko bo godzinę z haczykiem. Jak zwykle na tej wysokości czuję się wyleczona z bezsenności więc kolejna porcja snu łapczywie została przeze mnie pochłonięta. Koła samolotu dotknęły helsińskiej płyty lotniska. 
Hyyvaa paaivaa mogę rzec. 
Dzień dobry w Finlandii.

Helsinki powitały mnie słońcem i przypadkowo poznaną polsko-fińską parą. Dostałam wskazówki jak się poruszać po Helsinkach, a na jutrzejszy dzień zyskałam przewodniczkę – Dominikę.

Mój mózg tak bardzo się umęczył, że wysiadłam z autobusu jadącego z lotniska odrobinę za wcześnie i znalazłam się w miejscu, gdzie kompletnie nie mogłam się odnaleźć na mapie. Umożliwiło mi to jednak zobaczenie z bliska targowiska z warzywami i też zaobserwowania, że ludzie tu, nawet na zakupach nie spieszą się i przystają na chwilę na kawę i przekąskę. Są ku temu wyznaczone specjalne miejsca na terenie placu targowego. 




Poczłapałam dalej koło miejsca skąd wypływają turystyczne łodzie na wyspę z ZOO. Cena powaliła mnie na tyle, że szybko pożegnałam się z wizją płynięcia właśnie tam. 










Pognałam dalej. Jest wcześnie rano a ja próbuję znaleźć człowieka, który wskaże mi na mapie w którym miejscu się znajduję. Uprzejmość (wymuszona) jednego człowieka pozwoliła mi się odnaleźć, a potem dwójka pięćdziesięciolatek mówiąca płynnie w języku angielskim pomogła mi znaleźć drogę do hostelu. Choć wszystko nie do końca się zgadzało na mapie, to jednak szłam i zwiedzałam różne ciekawe miejsca i zakątki. 








Zbliżałam się do swojego hostelu, jednak nadal jakoś nielogicznie i uporczywie obok. Spotkałam na swojej drodze grupkę „gimnazjalistów”, którzy nie władali językiem angielskim w ogóle. Zszokowana tym byłam ogromnie, mając doświadczenie płynnej angielszczyzny od pięćdziesięciolatek. Cofnęłam się po ich wskazówkach i choć nigdzie mnie to nie przybliżyło, to spotkałam na swej drodze dwójkę Czechów, którzy właśnie szli w kierunku, w którym i ja zmierzam. Prawda, że mam szczęście do „aniołów”?

Hostel jaki wybrałam dla siebie był dość wyjątkowy, ponieważ wybrałam Stadion Hostel czyli noclegi w budynku Stadionu Olimpijskiego zbudowanego w latach 50` ubiegłego wieku. Warunki nie powalały, ale niech mi ktoś powie, że nie spałam na stadionie olimpijskim ;) Ha!




Po zameldowaniu się – jak to zwykle – zszedł ze mnie stres i mogłam ruszyć na podbój zakupów spożywczych. Widząc ceny restauracyjne w tym mieście, jestem przekonana, że chleb, wędlina i woda będą mnie karmić przez 3 dni.
Czuję się trochę zagubiona. Nie do końca układa mi się w głowie mapa tego miasta, choć po wyjściu  nie błądzę. Wracam inna drogą do hostelu. Na miejscu posiłek i drzemka. Nie wytrzymałam jednak fizycznie presji czasu, wyścigu i podróży na „wariackich papierach”.

Po drzemce poszłam na spacer, który niespodziewanie wskazał mi przepiękne, ustronne i ciche miejsce do medytacji. Tuż pod nosem, zaraz za hostelem. Genialne, słoneczne miejsce na skałkach, otoczone drzewami.  Ani żywej duszy. Przez liście drzew, twarz smagały mi promienie słońca a w połączeniu z tym fantastycznym wiatrem północnym poczułam, że jestem w raju.







Morza dziś nie widziałam (nie licząc widoku z samolotu), ale ciągle czuć jego zapach. Nad głową co chwilę słychać pisk mew.
Dziś zdecydowałam się nie oddalać, choć dzięki temu znalazłam punkt komunikacyjny czyli Operę. Kawałek dalej znalazłam park wokół sporego jeziora. Idealna ławka samotnie stojąca tuz przy brzegu, cydr i ja. 













 (zaskakująco dziwny brodzik z mini fontanną pod sklepem)


 (sklep z sauną)


 (Hesburger - znany mi z Estonii. Pyyyyycha!)

 (wieża tuż przy stadionie olimpijskim)


Dziś mój Sylwester, ale taki już bez przekonania. Słabnie to, co ma słabnąć.

Szczęśliwego Nowego Roku! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz