poniedziałek, 26 maja 2014

Czardasz z mangalicą - Krzysztof Varga

Jest jeden człowiek na świecie, który zaraził mnie pasją czytania książek Wydawnictwa Czarne. A jeszcze mocniej zaraził mnie miłością do Krzysztofa Vargi.
(jeśli czytasz to - to dzięki Ci za to!)

I zapytacie: co takiego fantastycznego jest w Vardze? 
Ano... miłość do Węgier, którą wyjątkowo pięknie opisuje.

Krzysztof Varga jest w połowie Polakiem i w połowie Węgrem za sprawą swojego ojca, który był węgierskiego pochodzenia. Niejednokrotnie autor podkreśla, że głównym sprawcą miłości do tego kraju była milcząca, aczkolwiek widoczna miłość ojca do swojego kraju. Dlatego co jakiś czas młody Varga odwiedzał historycznie ważne miejsca na mapie Węgier. A że jest to kraj mały, to okazało się, że poznał je niemalże w całości.

To, co obecnie czyni Varga to właściwie nostalgiczny powrót w te miejsca po smaki, zapachy i kolory z dzieciństwa. I udaje mu się ten powrót na tyle skutecznie, że książkę połyka się z tą samą nutką nostalgii w sercu, jaką ma i Varga i Węgier i każda kropla pörköltu ugotowana na terenie tego kraju.

Umiejętności pisarskie Vargi doceniam o tyle, o ile człowiek ten każdy gulasz, każde galuszki, każdy kieliszek palinki i każdą pastę paprykową opisuje w taki sposób, że mam ochotę czym prędzej wykupić loty do Budapesztu na najbliższy rok co  2 tygodnie by móc zaspokoić swą wygłodniałą węgierskiej papryki duszę. Rozpala w człowieku zwykłym słowem nieopisany głód nie tylko za kuchnią, ale też za każdym kawałkiem węgierskiej stolicy.

Węgry trzeba jednak rozumieć. Węgry opisane w książce Vargi znów nawiązują do niezbyt wesołej historii tego narodu i doskonale odnajduje się co krok aluzję do wielkich marzeń Węgrów sprzed stuleci, wielkiej wiary w to, że się spełnią i wielkiej nostalgii, że te chwile spełnienia jeszcze nie nastały.

Zresztą... naprawdę! Sięgnąć po tę książkę, to sprawić sobie niebywała ucztę. Intelektualną rzecz jasna. Z lekką nutką pobudzenia soków trawiennych ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz