niedziela, 15 grudnia 2013

Barcelona alone trip - dzień 2

13.11.2013

Dzień pt. gotyk i wspomnienie średniowiecznej Barcelony. A więc trasa Barri Gothic. Oczywiście pozwoliłam się sobie zgubić, przez co trochę ominęłam, potem trochę kluczyłam i ogólnie oddalałam się i przybliżałam od La Rambli.

Pierwsze kroki w kierunku Barri Gothic z Placu Espanya


Przewodnik wskazywał na początek kościół  Św. Anny. Trafiłam tam (z trudem, bo jego lokalizacja jest w jednym z podwórek do których trudno trafić), ale niestety za wcześnie, gdyż kościół ten otwierany jest o 11:00. Postanowiłam do niego wrócić, ale niestety zapędziłam się w kolejnych podbojach i zapomniałam.

Wejście do kościoła Św. Anny

Odeszłam gdzieś na bok, żeby pokluczyć w pobliżu i natknęłam się na pierwszy ślad romański :)



Kolejny punkt to katedra Św. Krzyża i Św. Eulalii. Sądząc po mapie, wydawało mi się, że będę tam szła i szła, a jednak po niespełna 10 minutach spaceru nagle wyrosła mi przed oczami. Co ciekawsze otoczona jest pozostałościami romańskich murów miejskich. Smakowity kąsek zabytkowy :)

Sama katedra nie jest ogromna jak te, które widziałam chociażby we Francji ostatnio, ale i tak robi wrażenie. W sumie, to jaki gotyk na mnie nie robi wrażenia? ;)
Jej ogromnym plusem jest to, że zwiedza się ją za darmo, a jedyne za co można zapłacić to wjazd windą na dach i zwiedzanie panoramy miasta za 3 Euro. Nie odpuściłam sobie takiej atrakcji!

Wyjątkowość tej katedry to również krypta z sarkofagiem patronki świątyni. Jak dla mnie nowość, gdyż takiego rozwiązania jeszcze moje oczy nie widziały.






















Potem za wszelką cenę chciałam dotrzeć do kościoła Św. Filipa Neri. Na mapie był umiejscowiony blisko katedry, a ja zaszłam aż do wczoraj zwiedzonego kościoła Matki Boskiej Sosnowej. Jakieś te przewodniki nie do końca dokładne i tylko dzięki swojej intuicji dotarłam do niego.
Okazało się, że jest to kościółek barokowy, do którego można tylko zerknąć poprzez kraty. Tym samym nie mam żadnych poglądowych zdjęć, poza tym jednym:


A po tym już przypadkiem znalezionym punkcie na trasie z przewodnika rozpoczęła się seria różnych zbiegów okoliczności i przypadków.

Chciałam dotrzeć na El Call (dzielnicę żydowską) i dotarłam, ale Synagogi już nie udało mi się odnaleźć, więc spontanicznie znów wylądowałam na obiedzie w La Boqueria :)
Zakupiłam też tam owoc, którego nigdy wcześniej nie jadłam (pitahaja) i wpadłam na genialny pomysł, że skonsumuję go nad morzem.

Tym samym wylądowałam w miejscu, które nazywa się Barcelonetta i mogłam pooddychać nadmorskim powietrzem. Spędziłam tam kilka godzin łażąc bez celu brzegiem i brodząc w piasku. Nazbierałam pełno muszelek, poobserwowałam surferów, nadziwiłam się palmom naturalnie rosnącym na tym terenie i tak upłynął mi kolejny dzień w Barcelonie.





Niebawem kolejny wpis z 3-go i przedostatniego dnia, który zarezerwowałam dla Gaudiego i FC Barcelony :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz