niedziela, 8 grudnia 2013

Barcelona alone trip - Dzień 1

11.11.2013

Pobudka! Dziewczyno trzeba jechać na Wilanowską, wsiąść w polskiego busa za 1zł i pojechać do Katowic. Czas na ostatnią podróż w tym roku! Spokojnie, oddychaj, jesteś przygotowana!

Mniej więcej takie myśli dopadły mnie w poniedziałek, kiedy nastał upragniony dzień wyjazdu do Barcelony. Przede mną w sumie całodniowa podróż mimo, że sam lot trwa 2:15. No, ale te przesiadki....

Do Katowic dotarłam na 13:00 i nieopodal dworca PKS znajduje się miejsce, z którego odjeżdżają busy w różnym kierunku Polski. Wyszukałam w internecie też busa na lotnisko w Pyrzowicach. To dość droga zabawa, bo 25zł w stosunku do 1zł za polskiego busa, którym dojechałam aż z Warszawy... Nie bardzo jednak miałam wyjście. Inne i tańsze środki transportu były w nieodpowiednich dla mnie godzinach, a w końcu 11.11 to dzień świąteczny. Zapewne w dzień powszedni byłoby znacznie lepiej.

Samo lotnisko w Pyrzowicach odwiedziłam pierwszy raz. Byłam bardzo zadowolona i zdziwiona organizacją pracy, brakiem tłumów i dostępnością wszystkiego, czego człowiekowi na lotnisku potrzeba. Ceny jednak wbijają w ziemię. Jak to na lotniskach ;)

Samolot wystartował o czasie. Wiatr w ogon wiał, więc tym samym przylecieliśmy ok. 30 minut wcześniej. Ucieszyłam się bardzo. To o 30 minut więcej na zwiedzanie Barcelony!!! ;)

Po opuszczeniu strefy dla pasażerów wyszłam przed lotnisko i rozpoczęłam pierwsze poszukiwania: biletomatu oraz przystanku autobusu, który miał mnie zabrać do miejsca, w którym jeszcze musiałam przesiąść się w metro, a na końcu dotrzeć do hostelu.

I tu zadziałała już od razu moja intuicja: wprawdzie nie znalazłam biletomatu, ale znalazłam przystanek więc na spokojnie poczekałam na swoje 46 (które okazało się o 3 Euro tańsze od A1 tak mocno rekomendowanego przez niektóre osoby). Wysiadłam na Placu Espanya i pod nosem miałam czerwoną linię metra. O tą właśnie chodziło!

 (Plac Espanya)

 W podziemiach zdecydowałam się na zakup biletu T10, który jest najbardziej opłacalną formą przemieszczania się po Barcelonie, gdyż za 9 Euro kupuje się 10 przejazdów, co o ponad połowę zmniejsza koszt 1 podróży (bilet jednorazowy zakupiony w automacie lub u kierowcy kosztuje 2 Euro).

Wysiadłam na stacji "Clot" i znów intuicyjnie odnalazłam ulicę Meridiana. Po przejściu około 200 metrów byłam u stóp Barcelona Urbany Hostel.

Moja rezerwacja poprzez hostelbookers.com była aktualna, a cena za 4 noce to 36 Euro. Nadal jestem w szoku jeżeli chodzi o koszta tej wyprawy. Mankamentem było spędzanie nocy w dormitorium na 8 osób, ale czy jest to coś aż tak uprzykrzającego podróż? :)

Zapoznałam się ze współlokatorami, zapakowałam plecak do zamykanej elektroniczną kartą szafki i wyszłam na zewnątrz na rekonesans. Po minucie znalazłam całodobowy sklep spożywczy, zakupiłam kilka puszek piwa i wróciłam z nimi, jak ze swoim trofeum do pokoju.

 (całodobowy spożywczak przy hostelu)

Zrobiłam pierwszą puszką "pssssst", kiedy do pokoju wszedł kolejny gość. Przywitał się po angielsku, jednak na jego plecaku zauważyłam polską flagę. Przywitałam się w rodzimym języku :) I tak oto zyskałam kompana na 1 dzień mojej wizyty w Barcelonie :)


(widok z tarasu hostelu)


12.11.2013

Śniadanie wliczone w cenę hostelu. Wydawane codziennie od 8:00 do 10:00. Nic nadzwyczajnego. Jak to na zachodzie bywa - na słodko. Ale można coś zjeść i zaoszczędzić na inne ważne wydatki :)

Współtowarzysz towarzyszył. Jego celem pobytu w Barcelonie była przesiadka w pociąg bądź carpooling by dotrzeć do Walencji. Tak się jednak złożyło, że jeden dzień dłużej w Barcelonie może jeszcze zostać. Więc wybraliśmy się w drogę. Mapy w kieszeniach, plecak z wodą, przewodniki, aparat. Wszystko gra!

Słońce w pełni, temperatura 20 stopni. Kurtka jest zbyteczna, ale tego jeszcze nie wiedziałam, więc taszczyłam ją ze sobą cały dzień w plecaku.

Na początek udałam się do miejsca najbardziej kojarzonego z Barceloną czyli do Sagrada Familia:





Niestety zarówno cena jak i kolejki skutecznie mnie odstraszyły i nie weszłam do środka. 11 Euro to trochę za dużo jak na wejście do kościoła. Trochę teraz żałuję, ale jak zawsze zostawiłam sobie coś na ewentualny powrót w to miejsce :)

Po rundce wokół katedry ruszyłam w kierunku szpitala Św. Krzyża i Św. Pawła. W przewodniku był mocno polecany, jednak po dotarciu na miejsce okazało się, że jest w remoncie.



Trochę poirytowana postanowiłam pochodzić w koło tego miejsca i intuicja mnie nie zawiodła. Kościół przyszpitalny. Otwarty. Mrrrrr :)





Dwa punkty z przewodnika zaliczone. Zrobiło się południe i głód zaczął lekko doskwierać. Na przeciwko szpitala był spożywczak, w którym zakupiłam bagietkę z chorizo i jak zwykle najdziwniejszy napój energetyczny w kraju ;) Uczta w pełnym słońcu na ławce z widokiem na szpital była zacna. To właśnie uwielbiam w tanim podróżowaniu. ...też...! :)

Nabrawszy sił - mój współtowarzysz spontaniczny i ja uznaliśmy, że to przecież nie koniec tak pięknego dnia i trzeba się udać do kolejnych miejsc w Barcelonie.

Zerknęłam w przewodnik. Potem na linie metra i podręczną mapkę z hostelu. I okazało się, że fioletową linią ze stacji Sagrada Familia dotrzemy do Placu Uniwersyteckiego, a stamtąd już niedaleko do najsłynniejszej ulicy Barcelony - La Rambla.

(plac Uniwersytecki)

 (początek La Rambli u wrót wejścia do metra na Placu Catalunya)


Dosłownie po kilku krokach po La Rambli znalazłam (a nawet współtowarzysz) pierwszy kościół Betlem (barokowy o dziwo)



Choć nie o kościoły dziś chodziło! Bo to, co najważniejsze na La Rambli to La Boqueria czyli targowisko różności i pyszności z całej Katalonii.

 wejście na targowisko

A na targowisku takie oto przysmaki i różności (zdjęcia robione skrupulatnie komórką)






















































Po wyjściu z targowiska, z pełnymi brzuchami świeżych owoców morza i innych smakołyków już lekko ociężałym krokiem ruszyliśmy dalej. Sama La Rambla posiada dużo punktów, na których warto zawiesić wzrok i obiektyw aparatu :)

Casa Bruno Cuadros - budynek ciekawy - parasolkowy



Uliczki, w których warto się zgubić :)


I przedsmak barcelońskiego gotyku: Kościół pw. Matki Boskiej Sosnowej (tfu!)











Wróciłam do hostelu ledwo żywa. Przeszłam ok. 10 kilometrów, co po stagnacji spacerowej ostatniego czasookresu było nie lada wyzwaniem! Choć było warto :)

Na kolejny dzień zaplanowałam GOTYK :)

2 komentarze:

  1. Gosiu,
    z przyjemnością nominowałam Twój blog do Liebster Award. Szczegóły znajdziesz pod linkiem: http://gabrielaborowczyk.pl/li...
    Czekają tam na Ciebie pytania, mam nadzieje inspirujące.
    Życzę powodzenia!
    Gabriela Borowczyk

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem zaszczycona :) Motywuje mnie to do dalszego rozwoju strony i kreowania nowych wpisów na blogu :) Dziękuję. Ogromnie :)

    OdpowiedzUsuń