niedziela, 3 listopada 2013

French Gothic Trip - Beauvais

08.10.2013

Pobudka o 3:30 - w środku nocy. Wylot w końcu o 6:50 i nie można być zbyt późno. Nieposkładana zupełnie, jakoś mocno przejęta rolą przewodnika wyszłam z domu i udałam się w podróż na lotnisko z przesiadką w Centrum. Pociągu o tej porze się nie uświadczy na lotnisko Chopina.

Pogoda nie zachwycała. Było raczej zimno i mokro i jakoś tak w duchu liczyłam na to, że te kilkaset kilometrów na zachód będzie optymistyczniej. Nie przeliczyłam się :)

Wylądowałyśmy planowo i pierwszym punktem programu było zjedzenie śniadania. W końcu do zameldowania się w hotelu było jeszcze kupę czasu więc po co się spieszyć? Autobusy do centrum nie uciekną. 

A śniadanie zjadłyśmy iście królewskie, bo któż będąc we Francji nie skusi się, by zjeść świeżutką bagietkę z dodatkami oraz wypić aromatyczną kawę?

Posilone i uśmiechnięte poszłyśmy w kierunku przystanku autobusowego. Gdzieś miałam w pamięci numer autobusu (człowiek z wiedzą z podróżniczych forów internetowych). 
Tak, właśnie - jest tablica z numerami autobusów. Co chwilę zmienia się ten, który właśnie odjeżdża: Beauvais, Amiens, Paris. Na zmianę. Tyle, że spoglądając na te autobusy, które stoją i zbierają krocie ludzi, to widzimy tylko te do Paryża. Odjechał jeden do Beauvais i drugi i trzeci. Tylko jakieś one niewidzialne! Poszłam więc do punktu informacyjnego, a tam pierwsze zderzenie z nierozmawiającymi zbytnio po angielsku Francuzami. Tak mi kobieta wszystko wytłumaczyła, że miałam dość i postanowiłam znaleźć przystanek na własną rękę. Udało się! Był po drugiej stronie, ledwo oznaczony, ale widoczny dopiero z tej perspektywy po nielicznej grupce oczekujących pasażerów z walizkami. I znów to samo. Na tablicy kolejne autobusy odjechały, ale fizycznie żadnego nie było. Wśród oczekujących Francuzów zrobiło się nerwowo. Stały taksówki, które co rusz zabierały kolejnych zniecierpliwionych. Ludzie się grupowali, wsiadali w taksówkę po kilka osób i rozkładali koszty dojazdu na głowę. Nawet nam zaproponowano coś podobnego. Znalazł się ok. 50-letni Francuz, który rozmawiał po angielsku (wow!). Ale biorąc pod uwagę, że bilet autobusowy to wydatek 0,90 euro centów... Wybór padł na oczekiwanie. Papieros wywołujący autobus zadziałał. Bilet tani. Po 20 minutach drogi znalazłyśmy się w centrum Beauvais.

Świeci słońce. Jest 10:00. Czy warto jechać do hotelu? Oczywiście, że nie :)

Wyczytałam, że warto zgłosić się do Informacji Turystycznej położonej tuż przy katedrze. W IT da się porozmawiać po angielsku i uzyskać bardzo szczegółowe dane.

Trafiłyśmy tam bezbłędnie. Dostałyśmy mapkę, rozkład jazdy autobusów do hotelu, rozkład jazdy do Amiens, rozkład jazdy z hotelu do lotniska. Po prostu pełen profesjonalizm. Byłam zachwycona. Ba! Nadal jestem!

Tyle, że katedra wzywała. Światło do zdjęć idealne. Nie mogłam dłużej czekać :) 











Trafiłam w idealnym momencie do katedry. Gra świateł płynących z witraży co krok mnie zaskakiwała. Coś na kształt kalejdoskopu na posadzce, ścianach, zdobieniach.






Przepiękny, działający zegar astronomiczny z 1866r. Po naciśnięciu guzika uruchamia się mechanizm, przypominający naszą bożonarodzeniową szopkę, a z głośników rozpływa się głos lektora, który o wszystkim pięknie opowiada. Po francusku. Nic nie skumałam :)



Historia tej późnogotyckiej budowli jest niesamowita, bo udało jej się runąć dwukrotnie w czasie budowy i jednak zostać odbudowaną. Dziś widać wewnątrz i na zewnątrz wiele umocnień, które utrzymują tę katedrę "przy życiu". 

Na uwagę zasługuje to, że jest to najśmielsza z budowli gotyckich na świecie z uwagi na fakt najwyższego na świecie sklepienia w południowym transepcie - 48,5 metra. 

O wiele więcej informacji możecie znaleźć TU

Przygoda z francuskim gotykiem rozpoczęta :)

Potem poszłyśmy na fantastyczne piwo. I jak to irracjonalnie we Francji bywa - najpierw kosztowało po 3 Euro, a potem już po 6 za sztukę... Cena zmieniła się w ciągu 15 minut. Nie wiadomo z jakich względów.





Po piwie namówiłam Olkę na obiad w wydaniu low cost. Weszłam do jakiegoś sklepiku z garmażerką, wskazałam palcem tosty w jajku oraz ziemniaczaną sałatkę. Tosty nam podgrzano, sałatkę zapakowano. Dodano 2 widelce, serwetki i obiad gotowy. Za niecałe 6 Euro! Bez jednego angielskiego słowa ze strony sprzedającej! Zjadłyśmy ze smakiem to wszystko na powietrzu. Na ławce z widokiem na katedrę. A co! :)

Do hotelu trafiłyśmy z trudem. Mapa swoje, ulice swoje. Jakiś Pan wskazał nam drogę. Warsztat samochodowy skrywał w sobie rozumiejącego angielski, lecz nierozmownego Pana po 60-tce. Szłyśmy poboczem wielopasmowej i ruchliwej ulicy. Ludzie patrzyli na nas dziwnie, ale która z nas by się tym przejmowała? Autobus pod hotel nie podjeżdża. A dojść musimy, co nie?

Zameldowanie sie w Hotelu również odbyło się z trudem. Pani na mój angielski odpowiadała francuskim. Na szczęście w miarę rozumiałam o co jej chodzi. Dostałyśmy kartę do pokoju i ulokowałyśmy się na łóżkach. 

A potem okazało się, że mamy w pobliżu sieć wielkich marketów w tym również spożywczy. Zrobiłyśmy zakupy i urządziłyśmy sobie iście królewską biesiadę. Szkoda, że cydr, który nabyłyśmy okazał się takim kwaszeńcem, że nie dałyśmy rady wypić nawet pół butelki. Cóż. Low cost nie zawsze oznacza idealnie :)



Dzień chylił się ku końcowi...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz