poniedziałek, 31 października 2011

Słowacja - low cost expedition - Nitra 31.10.2011 :: 12:18

20.08.2011
Pobudka dzisiejszego dnia była o najbardziej niedopuszczalnej godzinie - 5:45. Niestety nie mieliśmy wyjścia , bo połączenia do kolejnego punktu na mapie Słowacji nie zachęcały by zwlekać z wyjazdem. Gdy się posiada zarezerwowane noclegi, wówczas można sobie odpuścić poranne zrywanie się z łóżka, ale bez rezerwacji trzeba zawsze szukać IT, a potem liczyć na łut szczęścia.
Dlatego już o 7:00 szliśmy spadzistymi uliczkami Stiavnicy w kierunku przystanku autobusowego. Pamiętaliśmy, że droga pod górę zajęła nam bardzo dużo czasu, więc asekuracyjnie wyliczając czas, dotarliśmy na przystanek 30 minut za wcześnie. Wczoraj mieliśmy bardzo dużo dylematów co do wyboru naszego kolejnego miejsca odwiedzin, ale ostatecznie taktyka zbliżania się do Bratysławy poprowadziła nas do Nitry.

Pokochałam podróże słowackimi PKS-ami. To kompletne wariactwo i mega kurz w siedzeniach, który za każdym razem mnie podstępnie atakuje, ale jakoś na koniec oszczędza w objawach alergicznych. Nie kicham, nie smarkam, ale czuję - wróg czai się gdzieś niedaleko. Inną sprawą są same autobusy. Trafiłam do tej pory w 90% na same old schoolowe, które jak na swój wiek pięknie pięły się po serpentynach. Amortyzatory kołysały mnie do snu, aczkolwiek wybudzał z niego klasyczny zgrzyt skrzyni biegów. No i twarze współpasażerów - zlepek co ciekawszych, niepowtarzalnych, o zupełnie innych rysach niż te, dobrze nam już opatrzone.
Przesiadkę mieliśmy w Zwoleniu. Na szczęście bardzo krótką, bo niespełna 15 minutową. Zapłaciliśmy za kolejny bilet pierwszą niebotyczną sumę, bo prawie 10 euro, z czego policzono nam za plecaki, których kierowcy nie chciało się nawet schować do bagażnika. Trochę nas to zdenerwowało, ale co zrobić? Trzeba przecież jechać dalej.
Dojazd do Nitry był jakiś taki uśpiony, a tuż przed dotarciem na miejsce trafił nam się najdziwniejszy korek na świecie. Samochody stały ogromnym sznurem przy wjeździe do miasta i przez ok. 15 minut żaden nawet nie drgnął. Nagle zadziałał mechanizm owczego pędu, bo ok. 40% stojących aut zaczęło zawracać. Zrozumiałabym, gdybyśmy dzięki temu zdołali kawałek podjechać, ale tu ten manewr pozwolił całkowicie rozładować korek i wjechać do miasta z nieznacznym opóźnieniem.
Klasycznie rozpoczęliśmy od poszukiwań IT. Tym razem było to konieczne z dwóch powodów: musieliśmy znaleźć nocleg, ale również sprawdzić na własnej skórze, czy ta IT jest najprzyjaźniejsza i najlepsza na całej Słowacji, jak donosiły przewodniki M.
Panie w IT od razu nas poinformowały, ze w Nitrze właśnie odbywa się doroczna wystawa rolnicza, więc może być duży problem ze znalezieniem czegokolwiek. I tu małe zaskoczenie - Pani wzięła swój segregator, podniosła słuchawkę telefonu i rozpoczęła poszukiwania noclegu dla nas. Nie było łatwo, szybko kończyła rozmowę. Tu nie, tu też nie i tam też, aż nagle - boom! Mamy nocleg! W akademiku uniwersyteckim. Cena bardzo znośna, bo 10,50 euro za noc od osoby.

Dotarliśmy do akademika, a tam kolejne zaskoczenie - przywitał nas Pan, z wyglądu przypominający UB-ka na emeryturze, dorabiającego sobie gnębiąc studentów. Zaczął nas rejestrować, kazał wypełnić formularze i tłumaczył to tym, że są co chwila sprawdzani przesz policję, więc nie może ryzykować. Przepraszam - czy jesteśmy na Ukrainie albo Białorusi? Choć moja znajomość słowackiego mogła trochę pozmieniać sens jego wypowiedzi, to zastanawiam się, czy nie mówił też o tym, że wszystkich sprawdzają i trzeba mieć zameldowanie gdziekolwiek i dlatego ta biurokracja. Tak czy siak dał nam pokwitowania, poinstruował gdzie jest pokój i to by było na tyle. Wjechaliśmy na ostatnie, ósme piętro akademika, przekręciliśmy klucz w zamku i voila - oldschool w najczystszej postaci, czyli szalone, minimalistyczne lata 70`te nigdy nie remontowane. W pokoju, owszem, jest łazienka z wanną , do której w klapkach było równie ciężko wejść. No i wszechobecny ukrop, bo klimatyzacji bym się nie spodziewała... ale okien na południe również nie!

Wyskoczyliśmy z tego akademika jak z procy, bo siedzenie w tak strasznie nagrzanym pokoju nie jest naszym hobby i jako pierwszy punkt programu standardowo wybraliśmy obiad. Znalezienie czegokolwiek sensownego do zjedzenia w tym mieście graniczyło z cudem. Odbijaliśmy się od pizzerii, grillowni i tym podobnych, nie mogąc upolować nigdzie kuchni słowackiej. Powoli przestaje mnie to dziwić, bo typowo słowackie jadło powinno nazywać się "diet killer food", więc podejrzewam, że to nagromadzenie knajp z niesłowackimi specyfikami to również ratunek dla wątrób, serc i niewskazanego poziomu cholesterolu. Niestety, tym razem nie dopisało nam szczęście, bo we wspomnianej pizzerii, do której skierowaliśmy nasze kroki nikt nigdy nie powinien przyjść na inne dania niż pizza. Ja rozczarowałam się najgorszym na świecie smażonym serem, a M. tak tłustym spaghetti, że aż nie mogłam uwierzyć. Piwo na szczęście było z butelki, ale też nas przesadnie nie uwiodło. Dlatego bez "dziękuję" i bez jakiegokolwiek napiwku poszliśmy stamtąd czym prędzej i gdziekolwiek.

Wyszło ciekawie, bo po krótkim spacerze głównym deptakiem w Nitrze, skręciliśmy w jedną z uliczek docierając do synagogi. Niestety była zamknięta na głucho, więc nici ze zwiedzania i zdjęć wnętrza. Za to pod synagogą zapraszano nas na indyjską herbatę. Poczułam się z tym jakoś nieswojo.
Kolejne miejsce to kościół pijarów. 

 Z zewnątrz wyglądał bardzo majestatycznie - natomiast w środku miał generalny remont, więc niezbyt wiele udało się z tego kościoła zapamiętać. Dość ciekawym jest jednak to, że siedząc na schodkach tego kościoła, lekko po prawej stronie mamy piękny widok na inny kościół - na wzgórzu. Ciekawy widok, jak dla mnie coś zupełnie nowego, co mocno wtopiło mi się żywym obrazem w sektor "wspomnienia" w mojej głowie.

 Dalej, na prawdę niedaleko, trafiliśmy na kolejny, malutki kościół, dosłownie oblepiony gołębiami, chłodzącymi się w jego cieniu. Niestety ten obiekt nie był w ogóle dostępny, więc na kilku zdjęciach spotkanie z nim się zakończyło.

 Głównym celem poznawania uroków Nitry był jednak zamek, do którego by trafić, trzeba wybrać się na miły, lekko wymagający spacer.
(w drodze do zamku)




 Zamek w Nitrze robi wrażenie, tym bardziej, że jest również położony poziomowo, a na jego szczycie znajduje się katedra zbudowana, a nawet połączona z trzech wybudowanych tam kościołów. Zbyt wiele nie udało się zobaczyć, ponieważ odbywało się sporo ślubów, a u wrót czatowała siostra zakonna i nie wpuszczała turystów. Nie to nie. Trudno. Mieliśmy o wiele ciekawsze zajęcie, gdyż upał dał nam się we znaki, a schody prowadzące do wejścia katedry otoczone były cieniem. Odpoczywaliśmy i podziwialiśmy zaproszonych weselnych gości i pary młodych. I też było ciekawie :)





 Wieczór zapowiadał się jeszcze ciekawiej, ponieważ zaplanowaliśmy odwiedziny folkloru słowackiego, czyli targów rolniczych i przytargowego festynu. Odpłynęliśmy już na wejściu - dookoła lał się burczok, sprzedawano słowackie przekąski, a w tle rozbrzmiewała festyniarska nuta, dobrze nam znana, lecz w obcym narzeczu. Słońce grzało bezlitośnie, a burczok robił swoje, dlatego taktycznie zdecydowaliśmy się na test regionalnych piw - to było bezpieczniejsze.

Robiło się coraz ciemniej, a my zmęczeni nie dawaliśmy rady dłużej już stać na nogach. Powrót do noclegowni był jak najbardziej wskazany. Na 8 piętrze panorama na płaską część Słowacji również robiła wrażenie, a dodatkowo wieczorne niebo przysłoniły weselne lampiony. No i fajnie było na nie po prostu popatrzeć w milczeniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz