poniedziałek, 19 września 2011

Słowacja - low cost expedition - Bratysława i Devin 18.09.2011 :: 17:04

14.08.2011

Dzień rozpoczął się bardzo wcześnie, bo już o 4:30 wybudził nas ze snu potężny grzmot burzy, choć pozostało nam jeszcze ok. 45 minut do pobudki. Na wpół przytomni zebraliśmy drobnicę, pozapinaliśmy plecaki i w drogę - w kierunku dworca.
To nasza pierwsza i nie ostatnia wyprawa z PolskimBusem. Ludzi było sporo, a nam (z racji 2 osób na jednym bilecie) nie chciano zezwolić na wejście do środka i zajęcie miejsc. Najpierw bagaże. Mnie oczywiście podniosło to ciśnienie, bo moje upodobanie do strategicznego zajmowania miejsca dla 2 metrowego partnera właśnie "podeptano". Szybko się jednak okazało, że nie jest tak źle, bo miejsce podwójne było łatwo wyłapać, a odstępy między siedzeniami zadowalają nawet długonogich. Z uwagi na nadchodzące święto większość osób wysiadła w Częstochowie.

Ostatni przystanek wypadł w Katowicach, potem w okolicach Bielska-Białej utknęliśmy w korku i tu dopadło nas zderzenie z rzeczywistością. Okazało się, że podróżujemy z prawdziwym "ahrtystą", chyba reżyserem scenicznym, który przez kolejne godziny dyskutował via Skype ze swoją koleżanką "ahrtystką" o grze świateł, emocjach, zaskoczeniach widza, a najbardziej rozpływając się nad sobą samym i swoim absolutem. I tu nasunęła mi się jedna myśl dotycząca cudów techniki i wi-fi w autobusie. Bo gdyby tak tej dogodności nie było? Cóż zrobiłby ten młodzieniec? Czy pochwyciłby mikrofon pokładowy i gnieciony niepomierną chęcią wyrzucenia z siebie weny począłby nas wszystkich zalewać swoimi pomysłami? Czy może zdusiłby w sobie przypływ obrazów i imaginacji skrzętnie notując je w kajecie, a może nawet w diariuszu? Wi-fi pozbawiło mnie obserwacji obu wariantów.

Do końca podróży droga upływała dość spokojnie, gdzieniegdzie zakłócana mało inteligentnymi wynurzeniami jakiejś nawiedzonej hipsterki. Na szczęście książka i sprzęt grający pozwoliły stłumić negatywne odczucia.

30 minutowy postój po słowackiej stronie pokazał nam, że aura i temperatura jest wszędzie lepsza od tej na mazowszu. Po niespełna 1,5 h dojechaliśmy do Bratysławy.
No i dopadł mnie pierwszy mały stres, bo M. uprzedzał mnie, że hotel, w którym stacjonujemy, to coś, co odbiega od jakiegokolwiek standardu. Więc chyba podświadomie pozwoliłam nam się zgubić, by wydłużyć drogę na katusze.

Po dotarciu do hotelu KIJEV okazało się, że to taki modernizm lat 60/70, a wystrój wnętrza ma nieprawdopodobny klimat. 



Spodobało mi się od razu, M. odetchnął z ulgą no i oboje uzmysłowiliśmy sobie, że wydane właśnie pierwsze 70 Euro na najbliższe 2 noce nie są stratą pieniędzy.
Odświeżyliśmy się, zmieniliśmy ubranie i w drogę, pomimo podwieczornej godziny i ciężaru podróży.
Mały rekonesans okolicy zaowocował 3 piwami i pierwszymi typami co do miejsca stołowania się. Ostatni gwóźdź programu 1. Slovak Pub okazał się być strzałem w 10-tkę, bo Zlaty Bazant kosztował tam tyle samo, co chrzczony Gambrinus na głównym deptaku na starówce. A jeśli dodać do tego haluski s brindzom, to mogę rzec, że przez najbliższy tydzień oddaję się wyborom i podpowiedziom intuicji M. w sprawie kulinariów.
Krótki spacer do hotelu i upragniony sen - trzeba zregenerować siły przed jedynym dniem na zwiedzanie słowackiej stolicy.

15.08.2011

Pobudka o 7:00 - trzeba mieć jak najwięcej czasu na zobaczenie wszystkiego, co jest warte zobaczenia.
Najpierw wykwintne śniadanie - jajka sadzone, jajecznica, parówki, bekon, podsmażana kiełbasa morawska, wędliny, sery, przedziwna rolada serowa, jogurty, słodkości, wszelkie mazidła na słodko do kanapek - jesteśmy w śniadaniowym raju!
Najedzeni do syta ruszyliśmy na podbój miasta i pierwszym punktem był niebieski kościół (modry kostolik). Przepiękny, zadbany, w środku dość modernistycznej zabudowy. Wyglądał jak "ostatni krzyk rozpaczy za starą architekturą".



Następnym punktem był Dunaj, jednak nim do niego dotarliśmy, na naszej drodze pojawił się wielki smutek tego dnia. Znaleźliśmy potrąconego kociaka, który miał zgruchotaną łapkę, nie miał sił na miauczenie i ledwo, aczkolwiek łapczywie dyszał. Pierwszym moim odruchem był płacz. Rozglądałam się na kilkoro stojących tam ludzi będąc zupełnie bezradną. Z rozmów wynikało, że ktoś zadzwonił po pomoc, ale ta pomoc nie nadchodziła. Stałam tak przy tym kotku, płakałam z niemocy i wiedziałam, że dopóki nie umrze nie odejdę z miejsca. Trochę na mnie łypał oczkiem, trochę go głaskałam i gdzieś tam w środku wierzyłam, że ta pomoc musi zaraz nadejść. Nadeszła! Pewien młody Pan zabrał kocię do weterynarza. No i chyba najtrudniej jest mi się pogodzić z tym, że nie wiem czy kotek przeżył. M. wierzy, że tak :)
Po całej tej kociej historii przez chwilę nie mogłam się ocknąć. Dopiero docierając nad Dunaj oczy osuszył mi nadrzeczny wiatr. Dzień zapowiadał się pięknie, bez względu na jego smutny początek.
Dunaj zachwycił nas ponownie i znów stwierdziliśmy, że nie jest modry :) Za to zrodził się kolejny plan podróżny - rejs statkiem po Dunaju z Wiednia do Ruse w Bułgarii. Bo to szczerze mówiąc brzmi pięknie i w wyobraźni buduje mi tak piękne obrazy, że trzeba je po prostu urzeczywistnić. Póki co rekonesans cenowy nie dał nam nawet cienia nadziei na rejs z Bratysławy do Wiednia :) Następnym razem!


Spacer promenadą...


...doprowadził nas do miejsca, skąd ślicznie było widać dominujący nad miastem zamek, co oczywiście stało się impulsem do jego zwiedzenia. No i - rzecz jasna - jeśli istnieją dwie drogi dojścia na zamek, my zawsze musimy wybrać tą trudniejszą. Ta również taka była. Była godzina 10:00, z nieba już lał się żar, wypiliśmy w zastraszającym tempie litrową butelkę Kofoli, a przed nami była dłuuuuuga droga schodami wiodącymi ku górze. Z tymże widoki rekompensowały trud "wspinaczki". Dookoła było pięknie, historycznie - jak w bajce. No i pretekst by się zatrzymać był ciągle :) nie tylko ze zmęczenia.
Zamek jest piękny - odremontowany. Cieszy nawet wybredne oko. Równie pięknie wygląda nocą, co mieliśmy okazję zobaczyć tego samego dnia.

Spacer zajął nam ok. 2 godziny. Prawie każda jego część pozwalała na panoramiczne spojrzenie na Dunaj i stare miasto.







Prosto z zamku udaliśmy się do katedry, aczkolwiek po drodze zatrzymaliśmy się w romantycznej kafejce Hemingway na chwilę, by w cieniu ogródkowych parasoli napić się naszej ulubionej Kofoli.
Po krótkim odpoczynku zatrzymał też nas piękny "wąski dom"...




Stamtąd poszliśmy już pod katedrę, którą udało nam się zwiedzić tylko z zewnątrz, ponieważ trafiliśmy na rozpoczynającą się mszę i nie wpuszczano do środka turystów.


Spod katedry ruszyliśmy w kierunku starówki mijając pomnik Ofiar Holocaustu


i udaliśmy się w kierunku Czumila.


Przy Czumilu, czyli bratysławskim kanalarzu tłumy jak zwykle:


Droga stamtąd wyniosła nas na główny deptak rozciągający się od Teatru Narodowego


Nie zabawiliśmy tam zbyt długo, ponieważ nie udało nam się znaleźć restauracji, którą tak bardzo rekomendowały wszystkie nasze przewodniki. Z perspektywy czasu stwierdzam, że może to lepiej, bo wielokrotnie już nacięliśmy się na opinie o restauracjach lub miejscach, które były bardzo pochlebne w przewodnikach, aczkolwiek nie miały nic wspólnego z rzeczywistością.
"Wołał" nas główny rynek. To kolejne miejsce w Bratysławie bardzo zadbane, a tam fontanna, kamienice, a nawet ławka z rzeźbą podsłuchującego zakochanych.



Na sam koniec weszliśmy na dziedziniec ratusza. Świeżo wyremontowany ""kąsek z pięknymi arkadami nie wypuszczał mnie ze swoich ramion idealnych kadrów. Tyle, że Bratysława wzywała...


Po płycie rynku za kolejny punkt obraliśmy do zwiedzania basztę. Tyle, że jacyś niereformowalni kanalarze zastawili ją swoim samochodem, co zmusiło mnie do niecierpliwych oczekiwań, aż sobie stamtąd pojadą. Niedoczekanie moje... mam basztę "udekorowaną" samochodem...


Poczuliśmy głód, bo pora zrobiła się mocno obiadowa, więc dosłownie zahaczając o pomnik partyzanta i pobliski barokowy kościół (1683r.) udaliśmy się do hotelowej restauracji. Wybór okazał się słuszny, bo ceny w tym mieście są iście wiedeńskie i dostosowane pod portfel niemieckiego turysty. Dlatego dzienne menu za niespełna 4 Euro było dla nas zbawienne. W końcu to low cost expedition!
Najadając się ziemniaczanymi knedlami ze sztuką mięsa i kwaśną kapustką dawaliśmy odpocząć naszym nogom i sobie po intensywnym zwiedzaniu Bratysławy. Staropramen chłodził nas po spacerze w upale i relaksował.___________________________________________________________________________________________

Uważamy się za szczęściarzy, więc musiał się pojawić akcent dopisującego szczęścia i na tym wyjeździe. Na kilka dni przed wyjazdem okazało się, że dawna znajoma M. mieszka w Bratysławie i bardzo chętnie się z nami spotka. Nie sądziliśmy, że to spotkanie przerodzi się najpierw w wycieczkę do położonego o 7km od Bratysłąwy Devinu.
Warto było - zobaczyliśmy przepiękne ruiny zamku umieszczonego na rozległym szczycie góry, a z jego punktów widokowych można było podziwiać panoramę na Dunaj i wpadającą w tym miejscu do niego rzekę Moravę. Poskakaliśmy po ruinach jak kozice sięgając wzrokiem aż po horyzont i ziemie austriackie. Ja nie mogłam nacieszyć oczu "dramatycznie" zmieniającymi się chmurami. Leniwie nadciągała burza.









Wieczór znów nam upłynął naddunajsko, bo udaliśmy się wraz ze znajomą M. i jej mężem do restauracji Pilsnera wraz z widokiem na rzekę. Burza i deszcz nad Dunajem są pasjonujące i im częściej widzę tą rzekę, tym większym sentymentem ją darzę.
W samej restauracji potrenowałam swój biceps co rusz podnosząc litrowy kufel z grubego szkła. Skusiłam się również na drogi jak święta ziemia nakladany hermelin. Nie był wart swojej ceny.
Jedzenie i piwko szybko się skończyły, a przed nami otwierała się wizja wyjazdu w nieznane zakątki ziemi słowackiej...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz