poniedziałek, 31 października 2011

Słowacja - low cost expedition - Banska Stiavnica 31.10.2011 :: 08:11

(ze specjalną dedykacją dla Asi J-B - bo zawsze czeka) :)
18.08.2011

Kolejna pobudka o 6:30 - stwierdzam, że nas całkowicie pokręciło. Człowiek ma urlop, a codziennie wstaje o jakiejś barbarzyńskiej porze! :)

No, ale M. obiecał, że kolejny punkt zrobi mi przysłowiową wodę z mózgu, więc jak mogłam się opierać?

Najpierw pierwsza część podróży - pociąg pośpieszny do Hronskej Dobravy, gdzie mieliśmy 4 minutową przesiadkę na malutki vlacek jednowagonowy, który dowiózł nas już do celu.
Tutaj na odrobinę przemyśleń zasługuje cała organizacja tej podróży. W pociągach czysto, choć skład podobny do tych naszych, polskich. Funkcjonują wszystkie stacje, często w zupełnie zapomnianych przez Boga i ludzi miejscach. Pociągi nie są opóźnione - no i co, da się?
Wpadłam na genialny pomysł, na który podejrzewam i tak nie przystanie żaden polityk - prelekcje ministra infrastruktury Słowacji na temat "know how". Oprócz naszego ministra infrastruktury, zaprosiłabym też premiera i wszystkich bucowatych prezesów tych nieszczęsnych kolejowych spółek, na które posiekano nam polską kolej. No i kazałabym im słuchać z wielką uwagą o braku podziałów, o jednym bilecie na wszystkie pociągi i zwyczajnym NIEUTRUDNIANIU. Myślę, że znalazłyby się wtedy pieniądze na modernizację torów czy taboru. Pod warunkiem, że pieniądze z dochodów za sprzedaż biletów nie byłyby po głupiemu przeżerane.

Do tego czasu w Polsce w każdym mieście, miasteczku czy wsi powinny być wprowadzone obowiązkowe wycieczki na Słowację, gdzie od granicy polskiej wszyscy powinni się przesiadać do pociągów i smakować podróży bezproblemowej, nieopóźnionej i przyjemnej. Nasze społeczeństwo powinno tym nasiąkać od małego, być przyzwyczajone do takiego standardu obsługi pasażera, po czym po powrocie do kraju zorganizować "rewolucję"i obalić wszechogarniający chaos kolejowy.
Wysiadka w Banskiej Stiavnicy. Kolejne nieznane miejsce. Pieliśmy się tu pod górę malutkim vlackiem, a kiedy wyszliśmy przed dworzec, okazało się, że zupełnie nie wiemy gdzie iść. Podobnie miały 3 starsze panie z kijkami do nordic walkingu w rękach. Z tymże one, jako Słowaczki miały więcej odwagi, by spytać o drogę. My postanowiliśmy podsłuchiwać :) Wyrywkowo rozumiejąc, co pan krzyczy do pań z samochodu, podjęliśmy decyzje, że będziemy za staruszkami iść. Plecaki ciężkie, żar z nieba się leje, nie ma się co wygłupiać z morderczym tempem. Map nie było, strzałek nie było, znaków kierunkowych również, nawet pieszych, których można zapytać o drogę nie było. Nie było również żadnego autobusu komunikacji miejskiej czy jakiegoś PKSu... dworzec w Banskiej Stiavnicy położony jest na totalnym odludziu. Gdy doszliśmy do czegoś, co przypominało centrum (wskazywała na to wielka BILA) zebrałam się w sobie i zapytałam miejscowej o drogę do starówki. Uzyskując od niej zdawkową informację, bo zrozumiałam z jej słów tylko kierunek, który nomen omen pokazała mi również ręką, wyrwałam do przodu, ciągnąć za sobą M.

Krajobraz górski bardzo szybko przytarł mi nosa. Musiałam całkiem niedługo przystanąć, do czego wybrałam murek gotyckiego kościółka. Siedząc tak, nagle zorientowałam się, że wybrałam na miejsce odpoczynku środek cygańskiego blokowiska. Nie zauważyłabym w tym nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że dwójka małych cygańskich dzieci obcięła mnie po złodziejsku swoim wzrokiem i zaczęła coś wołać do swojej rodzicielki.

Nazwijcie mnie rasistką, trudno, ale rzuciłam pod nosem kilka obraźliwych zdań o ich matkach i ich bezrobociu, po czym w przypływie furii wyrwałam znów z tym ciężkim plecakiem do przodu.
Okazało się, że cała starówka umieszczona jest na samej górze, więc trasa, którą mieliśmy do pokonania prowadziła cały czas mocno pod górę. Kolejny odpoczynek wyznaczyliśmy w przydrożnej kafejce, gdzie dostałam półlitrowy koktajl bananowy, a M. dużą mrożoną kawę.
Po takim zastrzyku słodkiej energii nie było już wyjścia, trzeba było znaleźć Informację Turystyczną i dowiedzieć się, gdzie jest jakiś hostel.


 IT to kolejna niespodzianka i przesympatyczny Pan, który rozrysował nam wszystko na wielkiej płachcie mapy. Dodatkowo pozwolił nam zostawić nasze bagaże i pójść się zameldować do jednej z dwóch jego propozycji.
Musieliśmy znów się wspinać kilkanaście metrów w górę, żeby dotrzeć pod wskazany adres. Gdy tylko okazało się, że mają pokój za 10 euro od osoby, porzuciliśmy wszelkie próby poszukiwań czegoś innego. Zostaliśmy tam, mimo groźby noclegu tylko na 1 noc. Miałam przeczucie, że zostaniemy i na drugą.


Zwiedzanie Banskiej Stiavnicy zaczęło się od uprzejmości faceta w IT, ponieważ dzięki temu, że mogliśmy jeszcze chwilę przechować u niego nasze plecaki, udało nam się rozpocząć od serca tego miasta czyli od szybu kopalni. Trasa bardzo króciutka i jak się później okazało, tylko poglądowa, bo z tą prawdziwą kopalnią, praktycznie nie miała nic wspólnego.
Do ceny biletu za zwiedzanie "szybu" dołączona jest również możliwość zwiedzenia wystawy kamieni i minerałów. Musze przyznać, że zasób tego muzeum jest na prawdę wielki, aczkolwiek nie wszystko co stworzyła natura cieszy oko ludzkie. Warto jednak to obejrzeć.
Standardowym punktem każdego dnia są też poszukiwania dobrej jadłodajni. Tym razem udało nam się znów wzorcowo. W pizzerii podawano też pierogi z bryndzą i oboje zostaliśmy "kupieni". Wyjedliśmy z talerzy wszystko - do ostatniej kropli śmietany, okruszka bryndzy i chrupiącego skwarka.
Z pełnymi brzuchami trudno piąć się pod górę, więc w drodze do starego zamku zahaczyliśmy o kościół Św. Katarzyny, w którym ćwiczyła grę na fortepianie jakaś szalona nastolatka. Wstęp był płatny, ale z racji tego, że kościół ten nie pełni już swojej funkcji, można było wejść w każdy zakamarek. No i bomba! Udało nam się wejść na ambonę, na część dla chóru i nawet do zakrystii. Takich szans nie spotyka się co dzień!








 Czując, że żołądki strawiły lekko pierogowo-piwne obżarstwo, poszliśmy na stary zamek, gdzie szczęście znów nam dopisało - weszliśmy chyba jako ostatni, tuż przed zamknięciem.
(w drodze na stary zamek)




 Podpięliśmy się tak mimochodem pod wycieczkę z przewodnikiem, więc można było też posłuchać co nieco ciekawostek. A zamek piękny, bo bardzo rozległy i stworzony z kościoła obronnego. Chroniono ów klasztor w czasie zagrożenia najazdem tureckim - zburzono dach klasztoru, doprowadzając tym samym budynek do stanu wewnętrznego dziedzińca. Zewnętrzne mury bardzo dobrze sprawdziły się jako fortyfikacje, co dzisiaj nawet pozwala zwiedzić ten zamek, jako pięknie zachowany.






 Powoli zbliżał się wieczór, więc nadszedł czas kolejnych spacerów. Nieświadomie nogi poniosły nas w bardzo ciekawy punkt na mapie tego miasteczka - do lokalnego browaru ERB, gdzie można zobaczyć jak wygląda wtłaczanie piwa do butelek, jak również posmakować kilka gatunków. Mnie do wypróbowania przypadło piwo WĘDZONE. Nieprawdopodobnie dziwne w smaku, aczkolwiek pyszne.


 Po małym piwku znowu spacer - tym razem z górki, w kierunku blokowiska. Naszła mnie wielka ochota na zupę pomidorową z serem, której reklamę widziałam, gdy z plecakami wspinaliśmy się tutaj po raz pierwszy. Chyba nie wyglądaliśmy zbyt dobrze, ponieważ kelner wyjątkowo nas ignorował, więc manifestacyjnie poszliśmy dalej. O jedną knajpkę dalej. Zupa była, ale przypominała rozwodniony ketchup posypany utartą mozarellą do pizzy. Zmordowałam tę zupę, bo ciepła i rozgrzewała zmęczone 5 dniowym piwkowaniem trzewia. M. również nie był zadowolony z tego miejsca, bo piwo polano mu podłe.(w drodze na podłą pomidorową)





 Na koniec zadaliśmy kres rozczarowaniom. Znów zawitało u nas szczęście, bo po pierwsze znaleźliśmy miejsce naszego jutrzejszego obiadu, gdzie serwowano pyszne utopenci i Staropramena (na chwilę zrobiło się prasko). A drugim łutem szczęścia był list od recepcjonisty przylepiony do naszych drzwi, w którym nas poinformował, że możemy zostać jeszcze jedną noc, jedynie musimy zmienić pokój. Na prawdę czułam to w kościach! I cieszę się, że kolejny raz intuicja mnie nie zawiodła.

Usnęliśmy ponownie jak dzieci, tuz po 22:00, dając odpocząć umęczonemu górską rzeźbą terenu ciału. To zmęczenie jest jednak tak przyjemne, że nawet sobie nie wyrzucamy, że jesteśmy zbyt zachłanni turystycznie - ot taki nasz żywioł - DROGA :)

19.08.2011

Naszła mnie z rana refleksja, że gdyby ktokolwiek powiedział mi, że kiedyś będę wstawać o 7:00 z uśmiechem na twarzy - po prostu bym wyśmiała. A tu proszę - do usług - od rana na nogach, gotowa do drogi.
(w drodze na nowy zamek)


 Tym razem droga zawiodła nas na nowy zamek. Śmieszna sprawa z tym nazewnictwem, bo został on wybudowany tylko kilkadziesiąt lat później. Z naszej perspektywy, są tak samo stare. Taki fajny relatywizm.
W środku nowego zamku, który jest tak na prawdę wieżą obronną, do zwiedzania nie jest zbyt wiele. Człowiek się wspina do góry wśród tureckich eksponatów, strzelb i mnóstwa reprodukcji oraz rycin. Osobiście dla mnie najciekawsze były widoki z wieży na okolicę. Genialny punkt orientacyjny, śliczne góry i dopisujące słońce!


 (widoki)




 Z zamku udaliśmy się w miejsce naszego dzisiejszego gwoździa programu - Kopalni Srebra. Żeby tam dotrzeć trzeba przespacerować się drogą bez chodników, ale za to z serpentynami. Niezbyt to bezpieczne, ale bez żadnego środka transportu nie mieliśmy wyjścia. Po ok. 15 minutach marszu udało nam się - dotarliśmy na pierwsze wejście dzisiejszego dnia. Zapłaciliśmy słono jak za kopalnię srebra, bo po 5 euro za głowę, ale stwierdzam, że naprawdę było warto.


 Pierwszy punkt programu to zasiadanie w takiej niby świetlicy przed dużym plazmowym telewizorem i oglądanie filmu o słowackim górnictwie, który trwa ok. 15 minut. Podkład dźwiękowy wbił nas w ziemię swoimi skomplikowanymi solówkami na basie. Do tego upaprani górnicy, pokaz technologii górniczej - zapowiada się na prawdę nieźle! :)Kolejny punkt to króciutki spacer do budynku przyodziewu. Każdy z nas dostał specjalny kask ochronny i nieprzemakalne płaszcze. Co drugi osobnik dostawał ręczną latarkę zasilaną potężnym akumulatorem - bardzo podobną do tych, które wykorzystywane są u nas na kolei wśród dróżników.
Dłuższy spacer, tym razem przez cały kompleks górniczego skansenu, specjalnym chodnikiem, aż do wejścia o nazwie Stolna Bartolomej.
Krótka odprawa, włączenie latarek, instrukcja by iść samym środkiem torowiska i rozpoczął się godzinny spacer przez dwie części kopalni - historyczną oraz współczesną. Obie już niedziałające.
Jak większość tego typu miejsc, tak i to miało swój akcent humorystyczny. Pokazano nam przywieszone na jednej ze ścian zdjęcie pt. "Bansky mesac" czyli "Bański księżyc". Na zdjęciu wypięta, górnicza, blada dupa :) Widok mocno wżynający się w pamięć.
Wyjście z kopalni było dużo lżejsze niż schodzenie w jej dół, aczkolwiek pokonanie tej samej trasy spacerowej do budynku z ubiorem ochronnym, okazało się nie lada wyczynem. Zaczęły dawać nam we znaki wszelkie wysiłki kilku ostatnich dni.
Po powrocie do Banskiej Stiavnicy udaliśmy się od razu na obiad i okazało się, że ten naród obiaduje od 11:00 do 13:00, co uniemożliwia nam zjedzenie dziennego menu w późniejszych godzinach. Uważam jednak, że nic złego się nie stało, bo zjedliśmy najlepsze na świecie halusky, a nawet wariacje na ich temat: odmiana z kwaśna kapustą i skwarkami oraz z bryndzą, śmietaną, skwarkami i morawską kiełbasą. Uprzednio posililiśmy się bardzo sytymi zupami - czosnkową i grzybową. No i musieliśmy się "wytaczać" z tej restauracji z przepełnionymi brzuchami.
(w drodze na obiad)


 Zmęczenie dawało nam się coraz bardziej we znaki, więc zrobiliśmy porządne zakupy, wyposażając się w zapas słowackiego piwa. W samym hostelu  doszliśmy do wniosku, że resztki energii należy spożyć na plany kolejnych 2 dni i tak też się stało. Na podwórku naszej noclegowni zgarnęliśmy dla siebie stolik i 2 krzesła. Ustawiliśmy go w cieniu i w takim miejscu, by mieć jak najlepszy widok na graniczące z nami mury starego zamku i jego barokową wieżę.


 W takim otoczeniu nawet ciepłe piwo z puszki smakuje wybornie, a mnie chce się żyć, oddychać, pisać, wypoczywać :)A o poranku Banska Stiavnica wygląda właśnie tak:


 Całkiem niebawem - ostatni wpis słowacki a w zanadrzu pewien nadmorski :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz