wtorek, 4 października 2011

Słowacja - low cost expedition - Banska Bystrica i Harmanecka Jaskynia 04.10.2011 :: 18:28

16.08.2011
Pobudka o 6:30 rano - dopakowywanie plecaków, spokojne śniadanie znów do syta i w drogę. Postanowiliśmy opuścić to zbyt drogie miasto.
Sprawdziliśmy różne warianty oraz możliwości dotarcia do kilku różnych punktów na mapie i po krótkiej dyskusji z argumentami "za" i "przeciw" postanowiliśmy pojechać do Banskiej Bystricy. Środek transportu to słowacki PKS, którego standard znacznie przewyższa to, co w naszym kraju otrzymujemy za podobne ceny za bilet. Wyobraźcie sobie, że w cenie biletu otrzymałam darmowy dostęp do Wi-Fi. Zapytałam więc M. "da się?" - odpowiedział "No ku*a, da!"

Dotarliśmy o 13:30 do dworca w Banskiej Bystricy. W poszukiwaniu toalety po 4 godzinnej podróży odkryliśmy nigdy nie skończony budynek dworca, który przypomniał nam wypad do Prypeci. Ciekawe, dlaczego nigdy tego nie skończono...

Okazało się, że dworzec właściwy znajduje się tuż za stacją klejową, a przed nim znajduje się ogromna pętla autobusowa dla miejskich autobusów (i podmiejskich). Nie musieliśmy nikogo o nic pytać, poszukiwać drogi do centrum - wystarczyło spojrzeć na oznaczenia, rozkłady jazdy autobusów i po chwili znaleźliśmy się w autobusie nr 2 i po kilku minutach drogi w okrutnym upale wysiedliśmy przy ulicy Narodnej.
Z przystanku krótka droga do Informacji Turystycznej, gdzie uprzejma Pani wskazała nam 2 miejsca noclegowe w okolicy w przystępnej cenie. Wymieniła również Hostel, który nazywał się YMCA i po porozumiewawczym spojrzeniu, decyzja zapadła od razu, bezgłośnie i milcząco.
Pod samym hostelem mieliśmy małą "niespodziankę" - recepcja była "chwilowo" zamknięta i żeby pojawił się ktokolwiek, by nas zameldować, musieliśmy dzwonić pod wskazany i przybity do drzwi pinezką słowacki numer komórkowy.
Klimat w środku zbytnio nas nie zaskoczył, bo było bardzo hostelowo. Dostaliśmy pokój na samej górze (jak zwykle), by pokonywać każdorazowo bezkres schodów. No ale taka nasza karma ;)
Rzuciliśmy wszystko jak leci i od razu wyskoczyliśmy uzbrojeni w aparaty fotograficzne na "miasto". Muśnięta wzrokiem starówka nie mogła dłużej czekać. Najpierw trzeba było też coś zjeść!
Pierwszy wybór padł na restauracje Cerveny Rak, w której długo się zbierano, by przyjąć od nas zamówienie. Jak już chcieliśmy coś zamówić z dziennego menu, okazało się, że zostały tylko halusky, choć po 5 minutach kelnerka przyniosła niezbyt radosną nowinę, że i halusky się skończyły. Bez namysłu wstaliśmy i poszliśmy szukać (choć to nieładne słowo na czeskiej i słowackiej ziemi) szczęścia dalej. Dobrze się stało, bo na ulicy wyłapał nas właściciel/kelner jednej z kolejnych ryneczkowych restauracji i swoim "naganianiem" naprawdę nas uwiódł. Nie podając nam nawet menu do ręki wymienił ze 2 lub 3 propozycje dziennego menu, w sumie później zdecydował za nas, zapytał tylko o wybór co do piwa i zostawił nas w milczącym oczekiwaniu. Gdy na stole wylądowała zupa już czułam się kupiona. Tak pysznej fasolówki  nie jadłam nigdy. Drugie danie przytłoczyło nas, żarłoków, swoją wielkością, aczkolwiek łakomstwo wzięło górę. Ja pochłonęłam placki ziemniaczane z cukinią, a M. wchłonął pierś z kurczaka faszerowaną morawską kiełbasą i jajkiem, zawiniętą w plasterek boczku. Do tego dostał ekstra kwaśną kapustkę i ziemniaczane knedle. Znów byliśmy w raju.

Z pełnymi brzuchami postanowiliśmy zaradzić przyrastającej drastycznie wadze i poszliśmy na spacer. Zwiedziliśmy uczciwie rynek, a na nim kamienice mieszczańskie, wieżę zegarową, kopię rzymskiego kościoła Il Gesu, a później nasz wzrok przyciągnął barbakan.






 Tuż za nim znajdowały się 2 gotyckie kościoły, a w pobliżu jednego im. Św. Krzyża znajduje się Dom Macieja - niegdysiejsza siedziba królewskiego zarządcy.



 Ze starówki wyszliśmy na chwilę, żeby zrobić zakupy na jutrzejsze śniadanie, a drogę powrotną zmieniliśmy na tą jeszcze niepoznaną. I słusznie, bo przeszliśmy przez sam środek wczesnomodernistycznej budowli rzekomo w kształcie góralskiego kapelusza, która to jest Muzeum Słowackiego Powstania Narodowego. Tuz obok postawiono tam kilka czołgów i dział. M. ciszył się jak dziecko ;)

Wróciliśmy na rynek i oddaliśmy się rozpuście piwnej. Velkopopovicky Kozel w jednej z bocznych uliczek, pośród ciszy tak głuchej, że aż dudniącej w uszach, to był wypoczynek, na który bardzo długo czekałam. Zapach tego piwa pewnie jest niepowtarzalny, bo trafiła nam się świeżo otwarta beczka i dwa pierwsze z niej piwa. Relask, spokój, równowaga....


 17.08.2011

Pobudka o 6:30 - przed nami misja i dzień fantastycznej wyprawy! M. wziął sobie do serca moją miłość do gór oraz wczorajsze napomknięcie o zachwycie jaskiniami i proszę bardzo - rano zwarci i gotowi byliśmy już przed 8:00 na przystanku w oczekiwaniu na podmiejski autobus.
Po około 20 minutach podróży i kiedy z autobusu wysiedli już wszyscy, na horyzoncie pojawił się przystanek Haramnec Jaskynia. Podróż była zaskakująca, bo stary Ikarus sprawnie przeciskał się wąskimi uliczkami po okolicznych górskich wsiach. Na koniec ślicznie piął się do góry po serpentynach. Do dziś jestem pod wrażeniem!

Ruszyliśmy w drogę ok. 9:05, mając przed sobą trasę pod górę, która według przewodników zajmuje ok. 30 minut. Pierwsze wejście do jaskini jest o 10:00 - zdążymy. Po 5 minutach drogi okazało się, że góry szczawnickie to nie jest jednak bułka z masłem, a nasze kondycje dalece odbiegają od normy. Z przystankami, ocieraniem potu, popijaniem wody i posileniem się glukozą udało nam się dotrzeć na miejsce punkt 10:00. Nieprawdopodobnym fartem było również to, że wpuszczono nas na "pierwszy kurs" - inaczej godzinny postój mógłby nam "obrzydzić" piękne widoki górskie.


 Droga ku górze okazała się opłacalna - naprawdę warto się tam wspiąć, bo widoki spod samej siedziby zarządców jaskini mocno mnie wbiły w ziemię. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłam sobie, jak wysoko weszliśmy praktycznie bez żadnej zaprawy, wcześniejszych ćwiczeń i ... KONDYCJI!
Sama jaskinia zrekompensowała wszelki trud. Nie widziałam nigdy wcześniej tak pięknego miejsca (choć kilka jaskiń już miałam szansę zwiedzić). 45 minut oglądania stalaktytów i stalagmitów. Piękne stalagnaty o przeróżnej strukturze kusiły, by je dotknąć. A wszystko to ślicznie oświetlone, zadbane, aż chce się mimo wysiłku dojścia do jaskini wspinać schodami w górę, potem znów kierować stopy na dół. Kolejny raz schyliłam czoło przed niewiarygodnym pięknem produkcji Matki Natury. (M. poznał je na własnej głowie...)

Powrót w dół do przystanku autobusowego nie był już tak męczący, choć praca kolan i bioder, by nie zlecieć z tej góry w zawrotnym tempie, dały się również odczuć. Na dole okazało się, że do autobusu mamy jeszcze 45 minut, więc pomysł wypicia kolejnej Kofoli w pobliskiej restauracji Cerna Ovca okazał się być strzałem w  dziesiątkę.

Autobusem dojechaliśmy tylko do pobliskiej miejscowości Harmanec i trochę zwątpiliśmy patrząc na rozkład jazdy, na którym nie znajdowaliśmy połączenia do Banskiej Bystricy uprzednio znalezionego w internecie. Popatrzyliśmy na siebie, potem na ulicę i na horyzoncie ukazał się autobus dalekobieżny - oczywiście jechał tam, gdzie chcieliśmy. Sukces!

Nogi po wysiłku zaczynały boleć, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że zastój spowoduje okropne zakwasy. Dlatego ponownie udaliśmy się na starówkę, nadrobić to, czego nie zobaczyliśmy uprzednio. Leniwy obiad, który okazał się być zaskakujący. Pierwszy raz zamówiłam w ciemno coś z dziennego menu, z czego rozumiałam tylko jedno słowo: masło. Pomyślałam, że jeśli coś zawiera masło - nie może być złe. Na mój stół trafiły słowacki odpowiednik naszych kopytek, polany masłem i posypany tartą bułką oraz cukrem. Niby znane, ale po słowacku - bułka zmielona była tak miałko, jak mąka. M. wydał się zazdrosny o mój wybór, mimo, że jego karkówka nie była zła.

Po obiedzie padł wybór na pierwsze podczas tej wyprawy muzeum. Dokładnie to samo, o którym już wspominałam - Muzeum Słowackiego Powstania Narodowego. Udało się w nim zobaczyć setki mundurów i pistoletów. Jak dla mnie najciekawsza jednak była siedziba tego muzeum - betonowy odlew góralskiego kapelusza. A tak ogólnie, mogę stwierdzić, że jeśli ktoś lubi militaria - wejść warto.
Z muzeum udaliśmy się na uczciwy spacer po starówce. Nie nadwyrężaliśmy się bardzo, bo spacer do jaskini (a raczej wspinaczka) coraz bardziej dawał się odczuć. Więc kiedy pierwszy raz straciłam na chwilę kontakt z rzeczywistością oraz z z tym, co mówi do mnie M., zapadła decyzja by jednak pójść do hostelu. Padliśmy. Ja zasnęłam jeszcze przed 22:00. Kolejny dzień podróży przed nami - do kolejnego punktu na mapie Słowacji. Trzeba nabrać sił.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz