niedziela, 7 sierpnia 2011

Rzeszów - relacja właściwa 07.08.2011 :: 19:27

W zasadzie ten wyjazd to same nasze pierwsze razy, a najważniejsze są dwa: polski low cost i lot. Jak zwykle bardzo spontanicznie, podobnie jak w przypadku wyjazdu do Rygi, na wpół senna kiwnęłam Macentemu, że się zgadzam na jego kolejny podróżniczy pomysł. No i stało się - kupił 2 bilety lotnicze do Rzeszowa. A potem rozpoczął się gąszcz postukiwań w głowę od otoczenia, że jakież to burżujstwo, że już kompletnie nam odbiło. Nawet nie chcę sobie myśleć, co sobie wszyscy myśleli, a czego nie werbowali :) A tu niespodzianka - za 180 złotych, czyli po 45 złotych na osobę w jedną stronę znaleźliśmy, a raczej Macenty znalazł, połączenie do stolicy podkarpacia. Przecież tam też nas jeszcze nie było, jedynie raz przez to miast przejeżdżaliśmy, w drodze do Wetliny. (ja - kilkanaście)
Z tych przejazdów pamiętam niewiele - a raczej punkt, którego, jak się okazuje, wstydzą się chyba wszyscy w Rzeszowie, a czemu się wcale nie dziwię. Otóż przecinając Rzeszów, przejeżdża się obok bardzo monumentalnego pomnika... hm... kojarzącego się jednoznacznie z damskimi genitaliami (!) Jak się okazuje, rzeszowianie mają kilka wersji tłumaczenia, co ów pomnik ukazuje. Najciekawsza jest taka, która mówi, że jest to królik zakopany po uszy w ziemi. Inni mówią tylko tyle, że jest to największy pomnik w Rzeszowie. Też dobrze ;)



Po wspomnieniach waginalnego pomnika, wielkim zaskoczeniem było dla nas to, na co przypadkowo udało nam się do Rzeszowa przybyć - w tym samym czasie odbywał się tu Festiwal Polonijny Folkloru. Na rynku rozstawiona była wielka scena, a kolejnym zbiegiem okoliczności było to, że mieliśmy wykupiony nocleg z oknami skierowanymi tuż na samą scenę :) Zresztą nazwa noclegowni - ALKO - mówi Wam chyba wszystko, prawda? :)




Co do samego "Alko" to po raz kolejny okazało się, że spuścizna PRLu nie jest taka zła, bo znowuż za naprawdę psie pieniądze spaliśmy w samym sercu starego miasta, z być może niskim standardem sanitarnym, ale jakoś to przeżyłam i specjalnie nie grymasiłam :)
Przylecieliśmy bardzo wcześnie, więc w "Alko" rzuciliśmy manatki i od razu ruszyliśmy na podbój nowego punktu na naszej mapie. I tu zasługuje na małą wzmiankę pochwała podróży podniebnych. Po 25 minutach lotu bardzo trudno się zmęczyć, a ilość adrenaliny i endorfin raczej nie pozwala położyć się spać, dlatego tak doceniam fakt, że właśnie tutaj przylecieliśmy, a nie przyjechaliśmy  pociągiem, być może całą drogę stojąc i płacąc za takie atrakcje więcej niż wydaliśmy na ten niby burżujski samolot!No więc jesteśmy. Nie mamy toreb, ale mamy nową przestrzeń do poznania, więc najpierw poszukaliśmy Informacji Turystycznej, lecz wczesna pora zmusiła nas do późniejszych odwiedziny tego punktu. Na rynku i wzdłuż jednej z jego wąskich uliczek powoli przygotowywano się do Festiwalu, ponieważ rozkładano stragany z naszym rodzimym rękodziełem jak również można było zjeść przepyszną pajdę chleba ze smalcem i ogórem. Kolejne stoiska pozwalały na pokosztowanie regionalnych kiełbas, a na koniec by trochę sobie smak osłodzić zapraszano nas do skosztowania miodów z podkarpackich pasiek.
Ja jak zwykle wypatrywałam kolczyków z kotami, a przy okazji udzielałam sobie sama reprymendy, że przecież ten wyjazd to low cost, więc jakie kolczyki i co ja sobie wyobrażam?
Kręcąc się i  oblizując usta po swojskim smalcu i rozkoszując się resztką smaku prawdziwego chleba, napotkaliśmy Muzeum Dobranocek (szczegółowa relacja w poprzednim wpisie TU)Po wizycie w tym magicznym miejscu udaliśmy się na pyszne mleko z kawą do restauracji "czarny Kot" - nie muszę chyba tłumaczyć czemu tam usiedliśmy ;) Poza tym kelner przywitał nas optymistycznym "NO PHOTO!" i mnie tym jakoś tak kupił :)
Kolejnym punktem programu była podziemna trasa turystyczna. To już kolejna nasza w zestawie po tej sandomierskiej. Miejsce świetnie przemyślane PR-owo, pomimo, że nie ma w nim zbyt wielu oryginalnych elementów. Relikt lat 60` poprzedniego wieku to beton, który nomen omen nie pozwolił zapaść się rzeszowskiemu rynkowi. No i mam mieszane uczucie, czy to jest atrakcja turystyczna, czy nie. A może to nabijanie turystów w butelkę... a może miejsce, w którym mimo 5% oryginalnych murów można podumać o przeszłości. Nie wiem, na prawdę. A najbardziej irytującym był fakt, że nie mogłam zwiedzić całości, bo jakaś szycha wraz z "setką" kamerzystów, dźwiękowców i reżyserów, właśnie postanowiła nakręcić materiał filmowy promujący Rzeszów, a może nawet podkarpacie. Pozbawili mnie tym samym atrakcji zwiedzania całości 369 metrowego korytarza. Ciekawostką, którą stamtąd wywożę jest "cegła palcówka" - bardzo stary rodzaj cegły, której nadmiar gliny w formie ściągano palcami, z czego powstawało charakterystyczne wyżłobienie na jednej z jej ścianek.
Odhaczając trasę podziemną udaliśmy się w kierunku dla nas standardowym, bo sakralnym. Jeśli w danym miejscu znajduje się jakiś stary kościół, to to, że go odwiedzimy jest bardziej niż pewne. Stało się tak i tym razem - na początku trafiliśmy do rzeszowskiej Fary. 


I tu mnie po prostu zagotowało! To, co zrobiono z wnętrzem tego kościoła, w jakie kolory wymalowano ściany, jakie wiejskie freski na nie nałożono, po prostu przyprawiło mnie o gorączkę. Zasiadając w jednej z ław patrzyłam na gotyckie sklepienie nad ołtarzem i nie mogłam uwierzyć, że jakiś idiota, który jest konserwatorem zabytków, zgodził się tak je zhańbić.


Jak z procy wystrzeliłam na zewnątrz poszukując jakiegokolwiek punktu poprawiającego wrażenia optyczne. Dzięki temu trafiliśmy do kompleksu Bernardynów, w którym już nie było tak źle, a barok nie przypominał przepychu zakompleksionego proboszcza.



Odsakralniając się powędrowaliśmy pod wspomniany pomnik i niestety nie znalazłam żadnego podobieństwa do zajęczych uszu, a skojarzenia waginalne niestety dominowały. Zastanawialiśmy się też, któraż to niewiasta aż tak zasłużyła się na tych ziemiach, lecz nasze pytania pozostaną niestety bez odpowiedzi... Szkoda.Rzeszów to na chwilę obecną 657 lat udokumentowanej historii, więc obecność zamku w jego granicach nie powinna za przesadnie dziwić. Szkoda, że w sobotnie popołudnie zamknięty jest na głucho.



Całując zamkową klamkę, a raczej kłódkę od jego bramy, nie pozostało nam nic, jak tylko posilić się obiadem, a później zażyć chmielowego trunku, by uczciwie zakończyć pierwszy dzień na Rzeszowszczyźnie.Po drodze były jeszcze takie oto widoki:







Nie muszę chyba wspominać, że folklor nas otulał melodiami oberków, polonezów i walczyków. I było kolorowo i transowo na ten ludowy sposób. I pięknym też jest to, że młodym ludziom się chce i wierzą w to, że warto podtrzymywać nasze tradycje.Niechaj dowodem na to będzie ich pokoncertowe podśpiewywanie na ludowo na rynku do białego rana, co skutecznie uniemożliwiło nam sen. Ale nie złoszczę się, serce mi rosło, na ludowo!
A niebawem relacja z wizyty w Łańcucie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz