niedziela, 18 grudnia 2011

Podróże małe i duże - Wojciech Mann i Krzysztof Materna 18 gru 2011 o 10:10

Bardzo chciałam napisać coś dobrego. Jakiś pozytywny akcent przedświąteczny. Ale zdarzyło się tak, że właśnie skończyłam czytać tę pozycję.
Jestem ogromnym fanem podróży. Spędzam w drodze znaczną część swojego czasu, więc czytanie o tym, co inni mają w głowach, gdy są w drodze, uznaję za jeden z najciekawszych nurtów literackich. 
Dostałam tę książkę, na wyraźną prośbę, od Mikołaja. Czym prędzej do niej dopadłam, ponieważ przesyt literaturą zawodową dawał mi się już we znaki. I zaczęło się bajecznie!
Nieposiadałam się ze szczęścia, ponieważ czytałam opisy wypraw w miejsca, w których udało się również i mnie być: Lozanna, Budapeszt... opisane jest dosłownie to, co i mnie dane było zobaczyć. Okraszone to jest również specyficznym komentarzem - luksusowym dobrodziejstwem zobaczenia tego w czasach, gdzie opuszczanie kraju najprostsze nie było - czyli w latach 70-tych. Czytało mi się to fantastycznie. Podobnie robią wrażenie podróże do U.S.A. Opowieści o sklepach z płytami i we mnie wzbudziły rodzaj zazdrości, mimo, że Empiki oraz inne sklepy z płytami są na porządku dziennym i dostępne od ręki. Co ja mówię? Od magicznego kliknięcia myszką!
No i na tym się ta książka kończy. Mniej więcej w momencie, gdzie trafia się na opis wyprawy do Katowic i jakiegoś monstrualnego aktu masturbacyjnego autorów, którzy zachwycają się byciem przez jakiś czas "dyrektorami cyrku". A ja się pytam: NO I CO Z TEGO?
Opis organizowania rozrywki na Batorym, to jest dla mnie coś! Słowo honoru. Kiedy sobie wyobrażę rozwścieczony tłum na statku, do którego przez 2 dni nie trafia program rozrywkowy dwóch odpowiedzialnych za uśmiechy na ich twarzach, również i mnie perli się pot na czole ze zdenerwowania. Ale opis cyrkowej manipulacji z byle-zapowiedziami i hasłem "a teraz brawa"... jakoś mnie nie wzrusza, a nawet irytuje!
Na koniec opis Wojciecha Manna, który postanowił oświadczyć wszem i wobec, że ma posiadłość we Lwowie i miał przygodę z propozycją skorzystania z usług prostytutki w hotelu... cóż za żenada.

A odarcie celowości tej książki z jakiegoś mistycyzmu i zakomunikowanie wprost, że została napisana dla kasy całkowicie mnie zniesmaczyło. I wstyd mi, że Mikołaj na to wydał 39złotych i 90 groszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz