niedziela, 6 października 2013

Holandia Trip - Naarden, Haarlem, Amsterdam

22.08.2013

Pierwszy dzień wywczasu na ziemi holenderskiej. Rozpoczęłam od wycieczki do miejscowości Naarden, a tam już na starcie bardzo ciekawe zaskoczenie :)

Naarden jest miastem już od 1300r. Była to kiedyś miejscowość portowa Holandii, a później również służyła fortyfikacyjne chociażby podczas II wojny światowej.

W samym sercu tego miasta znajduje się Grote Kerk - gotycki kościół, kiedyś katolicki, dziś protestancki, co dało się zauważyć w rozwiązaniu ulokowania kluczowych elementów typowych dla protestantyzmu. Boczna ambona, likwidacja ołtarza, dziwne wykorzystanie nawy głównej w całości. Ciekawym kąskiem dla znawców gotyckiej sztuki architektury sakralnej jest sufit w nawie głównej - cały w belkach i drewniany. Niestety nie dotarłam do informacji - skąd takie rozwiązanie. No i ciekawi mnie, czy kiedyś na sklepieniu były charakterystyczne żebrowania :)

A wygląda to tak:



12 kolumn umieszczonych w centralnej części symbolizuje 12 Apostołów.



A z zewnątrz wygląda on tak:


Tuż obok kościoła ciekawy budynek ratusza miejskiego. Bardzo przypominał mi ten ryski :)


Jednak to nie koniec atrakcji w Naarden. Okazało się, że na tak małej powierzchni, przepięknie otoczonej murami obronnymi znajduje się też Muzeum Fortyfikacji. Nie jest ono bogato wyposażone, jest też stanowczo zbyt drogie jak na kieszeń backpackera (10 Euro), więc uważam, że nie warto.



A tak wygląda Naarden z lotu ptaka.


Opuszczając Naarden udałam się nad morze Północne. Przejeżdżając koło kurortu jakim jest Haarlem wylądowałam w miejscowości Bilthoven. Lunch nad morzem w lokalu Beachclub Bloomingdale w oparach morskiego powietrza i bardzo uspokajającego szumu lekkich fal... Poczułam pierwszy raz, że odpoczywam :)




I w końcu wyjazd nr 1 do Amsterdamu. Tak dopiero by liznąć, poczuć zapach powietrza i delikatnie wyczuć energię stolicy Holandii.

Na sam start wizyta w moim zdaniem super-ekskluzywnym miejscu, jakim jest Skylounge. Chyba każdy powinien udać się tam chociażby na colę, by móc podziwiać widok, jaki rozpościera się z tarasu i okien tego miejsca. Jak na pierwsze zetknięcie się z Amsterdamem - od razu całe miasto jak na dłoni.




Zdjęcie z "gruntu" :)


No i rozpoczął się pierwszy spacer wieczorową porą. Na pierwszy rzut odwiedziliśmy Pub Cuba Caffee, który zapamiętam z klopsików w sosie pinda. Takie tam określenie na sos z fistaszków. Nomen omen - przepyszna zakąska do piwa :)

Dalej należało udać się na Czerwoną dzielnicę. Niestety raczej nie powinno się tam robić zdjęć, z uwagi na to, że fotografowanie pań do towarzystwa jest surowo zabronione. Tak więc i zdjęć z tego miejsca nie będzie. Drogi turysto - patrz do woli. Zdjęć nie rób.





I nikomu nie przeszkadza kościół koło prostytutek. To był pierwszy szok dla mojej spolszczonej duszy :)

Ciąg dalszy relacji w przygotowaniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz