czwartek, 2 sierpnia 2012

Estonia Backpack Trip - Dzień 7 i 8 - Tartu i Tallinn 2 sie 2012 o 21:04

05.05.2012

Pospaliśmy :) Jak miło wstać o 9:00 i w sumie nic nie musieć. Trochę krzątaliśmy się po zabytkowym, jak się okazało, domu Margit i polecieliśmy po zakupy. Całkiem niedaleko znajdował się sklep, w którym ceny były wyjątkowo przyjazne Polakowi. Jak zawsze w takich sklepach odnajdujemy stoiska z ciepłą garmażerią. Tym razem znów postanowiliśmy zaryzykować i kupić coś na ciepłe śniadanie. W naszym koszyku wylądowały kiełbaski, makaron z groszkiem i szynką oraz ok 0,5kg śledzi w śmietanie. Całość postanowiliśmy zjeść na powietrzu, lecz nie na ławce jak dotąd, bo takowej nigdzie nie w pobliżu nie było. Więc zarządziliśmy "popas" na trawie, na nasypie kolejowym. Bajka!

Wróciliśmy do Margit i po krótkiej chwili wylądowaliśmy w, według mnie mega nudnym, muzeum KGB. Nie znalazłam w nim niczego, co mogłoby wtłoczyć we mnie choć odrobinę reflksji. 
Całe szczęście, że oprócz tego mieliśmy zaplanowane zwiedzanie czegoś jeszcze. Margit oprowadziła nas po świątynnym wzgórzu, na którym dominują przepiękne ruiny gotyckiej katedry. 






Wszędzie było pod górkę, więc zapragnęliśmy iść na kawę. Margit zaprowadziła nas do metalowej knajpy, w któej odór wczorajszej imprezy jeszcze mocno dominował w unoszącym się i jedna gęstym powietrzu. 
Automat do kawy działał połowicznie, więc za kawę podziękowałam i poprosiłam o cydr :) M. wziął kawę + mleko, a Margit zupę, która okazała się typową grochówką. 



Kolejnym etapem leniwej soboty było już samodzielne zwiedzanie znanych nam kątów. Bardzo ciekawym było uczestniczenie w targach regionalnych produktów. Oczywiście daliśmy sobie szansę na wypróbowanie takich łakoci jak kiełbasa z łosia, dziwny podpiwek o bardzo gorzkim smaku czy pączek z nadzieniem mięsnym - oczywiście bez lukru :) Smakiem tego ostatniego byliśmy bardzo zaskoczeni. A jeszcze większym zdziwieniem napawał nas fakt, że drugi pączek, również zakupiony w ciemno i upchnięty do tego samego woreczka był z nadzieniem różanym :))) Estonia to zaskakujący kraj :)

Przeprawa po targowisku trochę nas zmęczyła, więc uznaliśmy to za dobry moment na obiad. Udaliśmy się do naleśnikarni Crepp, która wg wszelkich informacji znajdujących się w przewodniku, jak również na ustach autochtonki, serwowała najlepsze naleśniki w mieście. Niech będą zatem naleśniki - jeden z kurczakiem i kremem z avocado, a drugi z jakiem i bekonem. Bardzo estońskie, prawda? ;)

Po naleśnikach i cydrze przyszedł czas na powolne zmierzanie do domu, acz okrężną drogą. Poszliśmy na spacer do miejsca, w którym za ogromne ilości Euro można kupić tkane materiały itp., a następnie idąc wzdłuż rzeki Emayogi, dotarliśmy do kochanego przez nas Rimi. Zakupiliśmy tam 4 cydry i poszliśmy na uniwersyteckie wzgórze, na którym spożywanie alkoholu jest dozwolone. Wokoło studenci popijający alkoholowe trunki i my. Trochę na uboczu, ale bardzo szczęśliwi, że choć przez chwilę mogliśmy poczuć się trochę młodziej ;)

A potem długi spacer na ul. Kastani, do mieszkania, do którego dostaliśmy klucze, a w którym czekał na nas rudy, wielki i spasiony kot o imieniu Zeppelin. 

Margit poszła balować. My "imprezowaliśmy" z plecakami, które należało porządnie spakować i przygotować na jutrzejszy wylot do Polski.

Bardzo szybko zapadła w głęboki sen :)

06.05.2012

Pobudka o 6:30 - przed nami ostatnia przygodna na estońskiej ziemi - powrót do Tallina pociągiem z Tartu.

Okazało się, że Margit mieszka bardzo niedaleko stacji kolejowej, więc spokojnym krokiem udaliśmy się najpierw ku bankomatowi, a później do pociągu. Naszym zdziwieniem było to, że pomimo dość starego składu wagonów, konduktor ma ze sobą terminal do płatności kartą za bilet, który bez problemu i podejrzeń o gapiostwo kupisz bezpośrednio u niego. Nie zapłacisz też ani grosza więcej niż w okienku kasowym na dworcu! Cywilizacja idzie do przodu. Mogłaby też w Polsce...

Droga do Tallina zajęła ok.3 godzin i trochę się zagapiliśmy, bo mogliśmy wysiąść na stacji tuż przed Tallinem i dojść d lotniska pieszo. Kolejnym razem nie omieszkamy skorzystać z takiej opcji.

Ja się ucieszyła, bo dla mnie było to takie pożegnanie z estońską stolicą, za którą już tęsknię.

Owszem - lubię latać i lubię podróżować, jednak mam do kogo i czego wracać i po tym naładowaniu akumulatorów i totalnym odcięciu od doczesność dobrze jest wrócić do Warszawy.

Jest tyyyyyyle do zrobienia :)
Przemysenia :)
Doświadczenia :)
Zobaczenia :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz