wtorek, 31 lipca 2012

Estonia Backpack Trip - Dzień 6 - Tartu 31 lip 2012 o 22:07

04.05.2012 

Pobudka w piątek nie była taka barbarzyńska, bo o 7:45. Mogliśmy spać dłużej, gdyby nie to, że nasza hostka musiała wyjść do pracy o 8:30.

Wyjazd do Tartu zaplanowany był na 11:30, więc coś musieliśmy zrobić z tymi 3-ma godzinami. Poszliśmy więc na ławkowe śniadanie na powietrzu, a potem zawróciliśmy, by ponownie odwiedzić najlepszą kawiarnię w Parnu. Dogodziliśmy sobie nie tylko kawą, ale i wielkim kawałkiem tortu orzechowo-czekoladowego. Bo low cost nie zawsze oznacza zjadanie wszystkich promocyjnych potraw z marketów. Nie w naszym wydaniu :)

Ok. 11:00 udaliśmy się w okolice dworca autobusowego, bo tam byliśmy umówieni (dzięki Liinie) z niejaką Laurą, która zabierze nas do Tartu. Ciekawa sprawa, bo dość prężnie działa tu facebook`owa społeczność, która na jednym z fanpage`u udostępnia informacje o tym, że jedzie z punktu A do punktu B i ma X wolnych miejsc. Można zadzwonić, umówić się i dojechać w dane miejsce za połowę ceny biletu autobusowego/pociągowego. 

Laura przyjechała punktualnie. Podjechała BMW wraz ze swoją koleżanką, z którą całą drogę zakuwała do jakiegoś egzaminu. Nie muszę chyba dodawać, że dojazd ten był mega surrealistyczny, bo przez ponad 2,5h podziwiałam estońskie krajobrazy, mając za tło muzyczne estońskie wywody poddenerwowanych studentek. Oczywiście, że niczego nie rozumieliśmy :)

Podrzuciły nas do samego centrum Tartu, zapłaciliśmy 10 Euro zamiast 20, więc szczęśliwi wyruszyliśmy na poszukiwania przechowalni bagażu. Tam nasze plecaki zostały zważone, ich waga sprawdzona w specjalnym kajecie i wyszło 2,80 Euro. Dostaliśmy kwitek, a przechowalnia czynna do 20:00. Nasza kolejna hostka wraca z Tallina ok. 22:00, więc mamy przed sobą ogromną ilość czasu do spożytkowania. 

Pierwszym krokiem była więc organizacja obiadu. No i nic prostszego, bo tuż obok znajdował się nasz ulubiony Rimi, gdzie kolejny raz kupiliśmy swój najtańszy, najdziwniejszy i zarazem najbardziej atrakcyjny posiłek. 

Udaliśmy się z nóżką kurczaka, ciepłą kapustą, puree i kapuścianym kotletem na parkową ławkę, gdzie w pełnym słońcu oddaliśmy się uczcie :)
Posileni i uśmiechnięci, jak również rządni nowych widoków, udaliśmy się najpierw alejką pod ratusz. 



Obok ratusza znajdowała się przepiękna fontanna z zakochaną parą całujących się studentów:

Przeszliśmy deptakiem aż pod Sobór Św. Katarzyny, którego nie uwieczniłam. Jednak by tradycji stało się zadość - kościół Św. Jana udało się dość intensywnie sfotografować:



Wychodząc z kościoła natknęliśmy się na... Muzeum Zabawek, czyli coś, co uwielbiam i zawsze chętnie odwiedzam. Było tam przesłodko, a nawet pozwoliłam sobie na chwilę relaksu... nad kolorowankami. M. mi trochę pomógł :)














Na koniec dotarliśmy pod gmach Uniwersytetu:


Taki spacer nie zajął nam niestety całego dnia, więc przyszła pora na tzw. kombinacje "Co tu zrobić do 22:00?" Więc pierwszym punktem programu była mała knajpka nieopodal ratusza, w której upajaliśmy się smakiem cydru. Pewnie posiedzielibyśmy tam dłużej, gdyby nie konieczność odebrania bagażu.

Mając już plecaki ze sobą, nasza mobilność spadła, co zmusiło nas do oczekiwań  w centrum handlowym, a później w jego pobliżu. Los jednak był łaskawy - Margit była o 21:30 i zabrała nas do domu. Wymieniliśmy kurtuazyjnie uprzejmości i cała nasza trójka padła do snu umęczona całym dniem :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz