poniedziałek, 30 lipca 2012

Estonia Backpack Trip - Dzień 5 - Parnu 30 lip 2012 o 22:18

03.05.2012

Pobudka o 7:00, ponieważ autobus do kolejnego punktu na mapie Estonii - Parnu - odjeżdża o 8:20. Szybkie dopakowywanie i w drogę.

Znów trzeba przystanąć i pochylić się nad estońskimi cenami, tym razem komunikacji autobusowej, dalekobieżnej. 12 Euro za podróż do Parnu, do którego jest ok. 100km (ok. 3h autobusem wraz z przeprawą promową) to dla mnie zbyt wygórowana cena. Jednak nie było innego wyjścia. Człowiek płacił i płakał...

Już na starcie spotkała nas mała niespodzianka, bo nasz autobus podjechał na dworzec, lecz nie na stanowisko, z którego miał odjechać. Ze środka wyskoczył kierowca i zaczął wydzwaniać telefonem nerwowo łażąc w koło autobusu. Za chwile podszedł do wszystkich oczekujących na odjazd, lecz tak jakby do mnie i zaczął coś mówić po estońsku. Nie zrozumieliśmy nawet słowa :) Ludzie stali, jak stali, tylko miny mieli gorsze. Zapytałam w końcu młodą Estonkę o wytłumaczenie tego, co się stało i dowiedzieliśmy się, że ten autobus jest uszkodzony i musimy czekać na nowy. Opóźnienie na starcie wyniosło więc 25 minut. Nie szkodzi :) Nasz nowy host jest dostępny od 18:00, więc to w sumie żaden problem. 

Po drodze okazało się, że dojechaliśmy wcześniej, niż wynikało to z planowanej godziny. Takie rzeczy tylko poza Polską!

Zostawiliśmy bagaż w przechowalni na dworcu autobusowym, po czym udaliśmy się na podbój Parnu - letniej stolicy Estonii. 

Miasteczko okazało się malutkie i jego zwiedzanie zajęło nam ok 2 godzin wraz ze szczegółowym przypatrywaniem się miejscowym atrakcjom. 

Najpierw postanowiliśmy poszukać miejscowej kafejki, którą bardzo gorąco polecili nam Mele i Christian. Narysowali mi nawet bardzo dokładną mapkę dotarcia, lecz nie udało się nam jej znaleźć. Za to trafiliśmy nad morze Wiało dość mocno, ale trzeba było nawdychać się morskiego powietrza. 

(pierwsze na co natknęliśmy się w zwiedzaniu Parnu)

(parneński Bałtyk)

(w poszukiwaniu kafejki... jakiejkolwiek...)

Chcieliśmy za wszelką cenę napić się kawy, lecz okazało się, że graniczy to z cudem. Wokoło pełno pubów, restauracji i kawiarenek - zamkniętych na głucho przed rozpoczęciem sezonu. Wracając natknęliśmy się jednak na urokliwe miejsce, gdzie udało się w końcu kupić kawę, a M. zamówił nawet soljankę. Pyszną! Miejsce to nazywało się Poisi Eine. Polecam i kawę i zupę. Pewnie inne rzeczy były równie smaczne. Nie mieliśmy szansy na wypróbowanie całego menu ;)
(Poisi Eine)

Kolejnym krokiem było znalezienie "Czerwonej wieży" - jedynej pozostałości umocnień starówki. 

A po drodze do niej:



.... i w końcu u celu :)

Następnie dotarliśmy do ratusza.

A po drodze jeszcze:

Obok ratusza znajduje się przepiękna, przynajmniej z zewnątrz, cerkiew p.w. Św. Katarzyny. Niestety zamknięta. Więc nie zobaczyliśmy jej wnętrza :(

Kolejnym punktem programu była Brama Tallińska:

Stamtąd już mieliśmy prostą drogę w kierunku portu jachtów. Był tam nawet sklep z łódkami, a dookoła znajdowały się drogie i hermetyczne hotele dla Niemców i Finów. Każdy ma takie zabawki, na jakie zarabia ;)

Powrót z portu kierował nas do miejsca, gdzie chcieliśmy porządnie zjeść, jednak wszędzie ceny posiłków mocno odpychały. Trafiliśmy dzięki temu do kościoła z bardzo dziwnie zaprojektowanym wnętrzem. Dodatkowo przywitała nas niezwykła muzyka organowa, która rozbrzmiewała dość demonicznie wewnątrz miejsca świętego :) Na organach kościelnych ćwiczyła właśnie grę młoda dziewczyna. Miałam dreszcze, gdy stanęliśmy w progu i nagle rozległo się całkiem mroczne coś, co równie dobrze mogło być dobrym intro do niejednej black metalowej produkcji :D



Organowe "błogosławieństwo" zaprowadziło nas do restauracji "Edelweiss" na smażonego śledzia, gotowane warzywa i ziemniaki. Przystępna cena, choć widzieliśmy lunch-menu po estońsku. Kłamliwa kelnerka w żywe oczy oszukała nas, że czegoś takiego w ich restauracji nie ma. Trudno. Śledź był wyjątkowo dobry. W odróżnieniu do Polski - tu podaje się miejscowe ryby i nie faszeruje się turystów chińskimi pangami!

A potem przyszła godzina 18:00 i poznaliśmy naszą kolejną hostkę - Liinę. Przesympatyczna, młodziutka, bo 23-letnia dziewczyna. Bardzo zorganizowana i samodzielna. Jej gościnność była równie wyjątkowa co u poprzednich CS`owców. Zaprowadziła nas najpierw do tej kawiarni, której nie mogliśmy znaleźć. Dobrze się stało, bo tak pysznej kawy pewnie już nigdzie nie wypijemy :)

Jak już posililiśmy się kofeiną, Liina postanowiła zabrać nas na przejażdżkę. Najpierw zabrała nas swoim samochodem na plażę, gdzie podobno nawet w sezonie jest pusto. A później pokazała nam starą estońską wioskę. Podobno ktoś tam jeszcze mieszka.

Po drodze był też taki linowy most, na który zdecydowałam się wejść po jej namowach i w imię walki z fobiami. To najdziwniejsza i najbardziej rozśmieszająca mnie rzecz z tej wyprawy :) Nigdy tego nie zapomnę, jak schodząc z mostu czułam nadal, jak buja się świat :) Bo przecież to, że weszłam nie wystarczyło moim towarzyszom. Musieli jeszcze po tym moście skakać i tak go rozbujać, bym mocno wryła w pamięci ten moment!

Zahaczyliśmy na sam koniec o zamknięty kościół, oberżę, która działa do tej pory i wróciliśmy do domu.

Piwo + cydr oraz trochę rozmów i trochę śmiechu. Umyta głowa. Upragniony sen.

Liina - dziękuję :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz