niedziela, 10 czerwca 2012

Estonia Backpack Trip - Dzień 4 - Kuressaare 10 cze 2012 o 20:18

02.05.2012

Kolejny dzień estońskiej wyprawy. Pobudka o barbarzyńskiej porze, dopakowywanie plecaka i opuszczenie najbardziej zajebistego hostelu na świecie.

Trochę  się stresowałam, ponieważ pierwszy raz korzystaliśmy z uprzejmości ludzi z CouchSurfing. Poza tym wyruszaliśmy znów w nieznane. I to jest to! :)

Po 7:00 znaleźliśmy się na Autobussibijaam w Tallinie. Było bardzo zimno biorąc pod uwagę temperatury warszawskie, gdzie tegoroczna majówka zaskoczyła wszystkich pogodą żywo wziętą z lipca. My zadowalaliśmy się przepięknym, porannym słońcem, które o tej porze roku wschodzi tutaj chyba o 4:00 i nie zachodzi do 21:30. Świeciło ładnie, ale temperatura nie przekraczała 5 kresek.

Podjechał nasz autobus. Ostatni rzut oka na Tallin i w drogę - na wyspę Saaremaa. Po 2 godzinach byliśmy w porcie, gdzie ku naszemu zdziwieniu załadunek nas i całej reszty pasażerów odbył się bardzo szybko i sprawnie. Na czas rejsu należy udać się na pokład i poczekać na niezrozumiały komunikat, który rozlega się z głośników tuż przed przybiciem do portu. Oznacza on, że należy wracać do aut. Oczywiście poddaliśmy się zjawisku owczego pędu :) Z rozumieniem estońskiego aż tak łatwo nie idzie ;) Sam rejs trwa około 30 minut.



Sama wyspa okazała się nie tak mała, jak zakładałam.Gdyby nie jazda po grobli, gdzie z lewej i z prawej strony miałam widok na morze, pewnie nie zauważyłabym różnicy pomiędzy nią a lądem stałym. No może odrobinę ten wyspiarski klimat zdradzała roślinność. Dało się też zauważyć mnóstwo wystających kamieni, choć w sumie... czy czegoś to dowodzi?

W samo południe zawitaliśmy do Kuressaare i rozpoczęliśmy niedługie i nieskomplikowane poszukiwania naszych hostów. Mele - bo tak miała na imię - podała nam tak dokładne instrukcje dotarcia do jej mieszkania, że nie mieliśmy żadnych wątpliwości, czy zapukać do drzwi, pod którymi stanęliśmy.

Trochę waliło mi serce. Wcześniej nie miałam takich doświadczeń i trochę nie dowierzałam, że cały ten couchsurfing jest możliwy, a tu proszę:
"Cześć :) Zapraszam. Wchodźcie"

Za chwilę zszedł do nas jej mąż, Kristian. Poznaliśmy się i praktycznie od razu ruszyliśmy na obiad. Ceny posiłków na wyspie nie były tak szokujące, jak w Tallinie, choć nadal nas lekko przyduszały.

Po obiedzie udaliśmy się z Mele i Kristianem na krótki, rekonesansowy spacer do zamku oraz nad morze. Potem zostaliśmy tylko we trójkę, z naszą hostką. Zaprowadziła nas nad rzekę, potem oprowadziła nas po okolicy. Dużo rozmawialiśmy poznając się i coraz bardziej "polubiając" :) Potem Zaprosiła nas do domu na sok truskawkowy swojej produkcji i był to najpyszniejszy sok  mojego życia, który wyśmienicie gasił pragnienie.







Dodać trzeba, że słońce i pogoda bardzo nam dopisały - na tyle, że oboje, pomimo niskiej temperatury, mocno spaliliśmy sobie twarze ostrym słońcem :)

Poszliśmy znów na spacer. Tym razem sami, organizując sobie czas najefektywniej. Nie ma tu jednak zbyt wiele do zobaczenia, poza wspomnianym zamkiem, do którego warto wejść pomimo wygórowanej ceny 5 Euro. W środku znajduje się wystawa dotycząca historii Estonii. Jest opisana w języku angielskim, rosyjskim i rzecz jasna estońskim, co pozwala trafić do większej rzeszy odbiorców.


Po wizycie na zamku, wróciliśmy do naszych hostów. Mele uraczyła nas tradycyjna potrawą wyspy Saaremaa - kanapką z ciemnego, korzennego chleba z tutejszą rybą (lekko podwędzaną i bardzo intensywną w smaku). Na rybie wylądowała połówka jaja na twardo, skryta pierzynką majonezu. Przepyszna rzecz! Później trafił nam się deser, choć przy piwie było to co najmniej nie wskazane, ale zjedliśmy. To było coś na kształt serka homogenizowanego skąpanego w kompocie ze śliwek - własnej roboty kompocie rzecz jasna :)

A potem bardzo dużo rozmawialiśmy i dawaliśmy sobie mnóstwo szans na to, by porównywać naszą kulturę, historię i współczesną politykę. Trafiliśmy na bardzo mądrych i zaangażowanych ludzi, dzięki czemu ujrzeliśmy bardzo ciekawy obraz Estonii.

To bardzo ciekawe doświadczenie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz