niedziela, 10 czerwca 2012

Estonia Backpack Trip - Dzień 3 - Tallinn 10 cze 2012 o 11:37

01.05.2012

To ostatni dzień w Tallinie, więc zaplanowaliśmy go na poznanie większej przestrzeni niż tylko starówki. Ogólnie plany były jeszcze inne, bo mieliśmy pojechać gdzieś w pobliże estońskiej stolicy, ale wczorajszy wieczór i w sumie noc Walpurgii, kompletnie mnie "zniszczyły". Tak potężnego kaca nie miałam od wieków, więc podróż gdziekolwiek stała się nierealna do momentu stanięcia na nogi. 

Około 11:00 wyruszyliśmy na podbój pałacu Kadriorg położonego na obrzeżach miasta. Docieraliśmy tam tramwajem, choć korzystanie z transportu publicznego w tym wypadku było zbyteczne. Wszędzie w Tallinie jest blisko.



Zbudowano go na potrzeby letniej rezydencji cara Piotra dla Katarzyny Wielkiej. Piękna budowla, mocno nawiązująca do tej znanej mi z Wilanowa. Na tyłach tego miejsca znajduje się kolejny budynek, który pełni funkcję pałacu prezydenta Estonii. 

Dookoła otoczony jest parkiem, któremu bliżej jest do lasu dyskretnie zadbanego przez człowieka.  Ten teren poprowadził nas do pomnika Anioła. Został on postawiony na cześć zatoniętego okrętu "Rusałka". Duży monument z postacią anioła góruje nad brzegiem Bałtyku.


Ja zawsze wyczekuję tego momentu, bo pomimo mojej ogromnej miłości do gór, nadmorskie powietrze sprawia, że czuję się wyśmienicie. Od wielu lat, za każdym razem jest to mega strzał energetyczny dla mnie. Temperatura sięgała ok. 5 stopni Celsjusza, wiał przenikliwy wiatr, więc pełne słońce nie ogrzewało nas wystarczająco, by pobyć na plaży dłużej niż kilka minut. Wystarczyło :)

Kolejnym krokiem była zaplanowana wizyta w miejscu poznanym podczas pobytu w Rydze - jadłodajni Lido. Postanowiliśmy sprawdzić, co serwują kucharze w jej estońskiej wersji. I jakoś nas to tak nie zachwyciło, za to słono kosztowało. Jak wszystko w Tallinie.

Wróciliśmy na chwilę do hostelu, żeby się rozgrzać gorącą herbatą. Ucięłam sobie naprawdę miłą pogadankę z pracowniczką Red Emperor Hostel, co poskutkowało dobrą radą na nasz dalszy etap podróży. Kolejny dzień to wyprawa na wyspę Saaremaa. Craig - właściciel skierował nas do odpowiedniej informacji turystycznej. Okazało się, że najlepszym rozwiązaniem będzie udać się na dworzec autobusowy i zakupić bilety jeszcze dziś, ponieważ autobusy do Kuressaare są zawsze całkowicie obłożone pasażerami i możemy się jutro bardzo zdziwić. To było istotne, ponieważ podróż tam zajmie ok.4 godzin, a każda godzina opóźnienia w wyprawie skraca nam szansę zwiedzenia tego kurortu w szczegółach. Jutrzejsza pobudka będzie pierwszą o bardzo barbarzyńskiej porze.

W powrotnej drodze z dworca autobusowego udaliśmy się do portu morskiego, żeby zobaczyć jak wyglądają wielkie statki pasażerskie i nakręcić się na popłynięcie promem do Helsinek kolejnym razem. Bo to, że tu wrócimy, nie podlega żadnej dyskusji! :)

Udało się zobaczyć załadunek promu i opuszczanie dzioba. Poczułam energię podróżną osób wypływających i wpływających do Tallina. Ogólnie bardzo nas ten port urzekł.


Jednak głównym punktem programu okazało się być miejsce najdziwniejsze ze wszystkich, jakie do tej pory widziałam w życiu. Po drodze z portu do hostelu mija się wielką kupę betonu, z dużą ilością schodów. Nie wygląda ona zachęcająco, ale jakoś tak kusi.
Linnahall, to hala koncertowa umiejscowiona dokładnie nad morzem. Tysiące ton betonu wylane przez Rosjan w celu zbudowania fortecy chroniącej przed napadem ze strony Finów. W tym miejscu był również ratusz za radzieckiej okupacji. W efekcie dziś jest tam mini-port, wewnątrz jest hala koncertowa, a na zewnątrz naprawdę świetny punkt widokowy na port, morze, starówkę - wystarczy odkręcić w dobrą stronę głowę :) Dodatkowo miejsce to ma niesamowicie silną i miłą dla mnie energię. Dobrze się tam siedziało i zostawiło kawałek serca. Będę chciała tam wrócić.


W powrotnej drodze zahaczyliśmy o Rimi, gdzie zrobiliśmy zakupy na jutrzejszy wyjazd i związane z tym rytualne przygotowywanie kanapek. Oczywiście nie odpuściliśmy sobie garmażerki, gdzie kupiliśmy makaron z mięsem, udko z kurczaka i puree z marchewką (!) Owa papka świetnie smakowała ze śledziami. Śledzie tutaj są czymś, czego nie należy pomijać milczeniem. Należy kupować i jeść ich kilogramy. KO-NIECZ-NIE! :)

No i nastał wieczór. Trzeba się spakować, pożegnać z tym miejscem. Wypiłam znów piwo, strzeliłam jelly-shot`a, choć obiecałam sobie na dziś trzeźwość. Nie udało się :)


Przed nami Estonia! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz