poniedziałek, 28 maja 2012

Estonia Backpack Trip - Dzień 2 - Tallinn 28 maj 2012 o 16:04

30.04.2012

Pierwszy dzień w Tallinie na spokojnie, bez pośpiechu. Poprzedni dzień mocno się wydłużył, bo w naszym hostelowym barze zabawiliśmy i to dość zdrowo ;) Pięknie wchłonęliśmy miejscowe piwo i upajaliśmy się bardzo pozytywną atmosferą. Po północy przyszedł do nas właściciel i poczęstował nas "jelly-shot`em", co przelało już czarę upojenia alkoholowego, po czym wylądowaliśmy nieprzytomni w łóżkach. Spaaaaaćććććć... :)

Tallińskie powietrze, jak każde nadmorskie, bardzo mi służy i po 8 godzinach snu mogłam rozpocząć podbój estońskiej stolicy. 

Dzisiejszy dzień można nazwać dniem oszczędności. Ceny w tym mieście sięgając granic absurdu. Co gorsza - cenę zawsze generuje popyt i deklarowana chęć zapłaty za daną usługę/produkt. Więc ja się pytam: ile zarabiają tallińczycy? ???!
W ramach walki z galopującymi cenami uzbroiliśmy się w spryt ryski i po śniadanie udaliśmy się do marketu Rimi. Fantastyczne miejsce, dobrze przez nas poznane już podczas pobytu w Łotwie. Podeszliśmy do Pani za ladą garmażeryjną, pokazaliśmy palcem co chcemy, dokupiliśmy przepyszny ciemny chleb, smarowidło, 4 serdelki i śniadanie mistrzów gotowe. Cena? Jakieś 3 Euro! :)

Po śniadaniu przyszła pora na zwiedzanie starówki. W planach były nawet muzea, ale olaliśmy je na rzecz poznania najbardziej zabytkowej części stolicy Estonii. Wczorajszy rekonesans to było stanowczo zbyt mało! Tu jest tak pięknie i kolejnego dnia z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że to najbardziej urokliwa stolica europejska ze wszystkich, które do tej pory widziałam.

A co widziałam? :)

Kościół Św. Olafa




Mury obronne miasta

Zakątki Wzgórza Toompea:










Zasłużony przystanek. Udaliśmy się z baszty "Krótka noga" w dół bardzo stromymi schodami do małej i przytulnej kawiarni "Matylda". Kawa była przepyszna, a drożdżowy zawijasek z cynamonem i rodzynkami dodawał jej pełni smaku. Pokusiliśmy się na spróbowanie prawdziwej trufli. Nie zostanę jej fanem - to nie mój smak :)

Kościół Św. Mikołaja

Widok na bramę główną 
Robiąc się coraz głodniejsi, zaglądaliśmy tęsknie w menu każdej mijanej restauracji - zupa 6 Euro... Nie wspomnę ile kosztowało danie główne. Wprawia mnie to w wielkie zdenerwowanie. 

Kierunek - hostel. Koncepcja - zupki chińskie przywiezione z Polski. Po drodze jednak podkusiło nas na wizytę w Rimi. I bardzo dobrze! Za 3,21 Euro kupiliśmy 3 cienkie białe kiełbaski na gorąco, opakowanie najdziwniejszych na świcie tłuczonych ziemniaków z domieszką pęczaku i boczku, a do tego 600 gramów najpyszniejszych śledzi w śmietanie, jakich kiedykolwiek miałam szansę spróbować. Boże - toż to był obiad królewski! I nie czułam żalu pozostawiając w tle menu knajp z estońską wieprzowiną po 20 Euro za porcję :)

I znów w drogę!

Pasaż Św. Katarzyny



Kościół św. Apostołów Piotra i Pawła


Postój w słynnej knajpie Hell Hunt. Pokosztowaliśmy w niej firmowego ciemnego piwa. Wewnątrz najdziwniejszy wystrój, jaki zdarzyło mi się widzieć - psychodeliczno, przerażająco, mroczny. Fajny :)




Rynek
Kościół św. Olafa

I znów klamrowo zamknięty dzień w hostelowym barze. Przypomniano nam, że dziś jest Dzień Walpurgii, co w Estonii oznacza imprezy, alkohol i głośną muzykę. Oczywiście sabat jest w to wpisany bez specjalnych ostrzeżeń. To piękne, że mogłam tam być :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz