poniedziałek, 28 maja 2012

Estonia Backpack Trip - Dzień 1 - Tallinn 28 maj 2012 o 14:56

29.04.2012

No więc stało się. Urlop. Upragniony. Już od stycznia czekały na swoją kolej mega promocyjne bilety do Tallina. Swoją drogą, ten kierunek był tak samo słuszny, jak każdy inny i to, gdzie polecimy nie miało kompletnie znaczenia. Byle tam, gdzie nas jeszcze nie było :)

Pobudka o 7:00. Niespiesznym krokiem udało się wszystko pozapinać na ostatni suwak. Poprzedniego dnia zawieźliśmy koty do kociego hotelu, więc nie musieliśmy się szczególnie przejmować czymkolwiek. Kolejny raz ufanie swojej intuicji przyniosło bardzo dobre rezultaty, bo na odprawie udało nam się ustać w kolejce może 5 sekund. Kiedy nasze plecaki powędrowały do czeluści bagażowych lotniska, postanowiliśmy, że zaoszczędzony czas spożytkujemy na spacer po całym terminalu, aby ze zrozumieniem przyjrzeć się całości. Kiedy wracaliśmy i mimochodem sprawdziliśmy jak wyglądają stanowiska "check-in", oczom naszym ukazały się hordy ludzi do odprawy. 5 minut... i nasze humory nie byłyby aż tak szampańskie... Dwukrotnie uścisnęłam dłoń M. celem pokazania mu, jak bardzo szanuję jego wyczucie :)

Okazało się też, że uwielbiam(Y) latać i to się nie zmienia. Lot nie trwał zbyt długo i w kategorii wszystkich odbytych do tej pory - był najprzyjemniejszy. Odwykłam od LOT-owskich standardów po ostatnim bieda-locie Rayanair`em i z lekkim niedowierzaniem przyglądałam się darmowej kanapce z szynką drobiową. Ba - dostałam jeszcze batona i herbatę i nie musiałam za to słono płacić w europejskiej walucie! ;)
Trzeba też dodać, że po raz pierwszy usłyszałam język estoński podczas standardowych komunikatów w samolocie. Wyjątkowe przeżycie. Uznałam, tak zupełnie w ciemno, że będzie czas i się nie myliłam.

Lotnisko w Tallinie jest malutkie i bardzo ładnie wykończone. Wizyta w kiosku i próba komunikacji w języku angielskim nie skończyła się fiaskiem, więc już było dobrze. Podjechał właściwy autobus na nas przystanek, a potem wysiedliśmy na tym, na którym mieliśmy wysiąść. Dotarliśmy na miejsce do hostelu bez żadnych przeszkód. Trzeba zawsze ufać swojej intuicji w drodze :)

Gdy przekroczyliśmy prób hostelu Red Emperor, kolejny raz zakochałam się w hostelingu i jego specyficznej atmosferze. Nie zazna się tu sterylności i krawatów. Nie ma tu garniturów i ręczników frote. Nie ma tez łazienek w pokojach i białych szlafroków. I bardzo dobrze! :) Uwielbiam chaos jaki w takich miejscach panuje, płynną angielszczyznę i taką nietuzinkowatość zarówno obsługi jak i gości. Tego nie da się doświadczyć w hotelach i podczas hermetycznych wyjazdów all-inclusive. 

Dostaliśmy pokój - dormitorium o nazwie Garlic, a tam łóżko piętrowe z nazwami Ghana i Greece. Osobiście potraktuję to jako znak ;)

Rzuciliśmy plecaki i w drogę! Nie ma co siedzieć, skoro zza chmur wychodzi nieśmiało słońce. Temperatura rześka, bo jedyne 15 stopni. W tej samej chwili w Polsce ludzie urlopują bez podkoszulków  i smażąc swoje blade ciała na czerwony kolor. Wolę 15 stopni :)

No i szczerze? To dopiero rzut na taśmę, a ja jestem zakochana - nie zauroczona, nie wzruszona - tylko kompletnie zakochana w starówce Tallina. W najśmielszych snach nie sądziłam, że będzie tu tak pięknie!

Nasz pierwszy obiad, który zdecydowaliśmy się zjeść na mieście padł na restaurację/pub/naleśnikarnię Kompressor. Trafiliśmy tam za sprawą polecenia właściciela hostelu, w którym spędzamy 3 pierwsze noce. Brodaty Australijczyk, który żywo i szczerze się nami zainteresował, zapytał skąd jesteśmy, co robimy, po czym sam opowiedział, jak się tu znalazł. Spotkanie go na swojej drodze, to dla mnie kolejny sygnał od universum. Wracając do naleśników - przesmaczne giganty. M. zjadł super-dziwnego z nadzieniem ze śledzi, jajka i śmietany. Ja trochę mniej odważnie - szynka i ser brie. Pycha! Sycąca pycha. Nie tak droga pycha :)

Po naleśnikach konieczny był spacer celem poszukiwań kolejnych źródeł piwa, a może spalenia nabytych kalorii? Sama nie wiem. Już w hostelu spróbowaliśmy pierwsze estońskie piwo o nazwie Saku, w naleśnikarni A. Le Coq, a potem po dwóch zbyt drogich knajpach, z których ostentacyjnie wyszliśmy, znaleźliśmy się w pustej, chińskiej restauracji. Saku w niej kosztowało 2 Euro, co było dla nas cena akceptowalną. Estońskie, a raczej tallińskie ceny są dla nas zaporowe i nawet Bratysława, jako przedmieścia Wiednia, nie była aż tak droga... Cóż...

Cerkiew Aleksandra Newskiego



Średniowieczna wieża  "Gruba Małgorzata"

  Średniowieczne kamienice "Trzy siostry"
Pierwszy dzień mnie mocno zmęczył. Pozwoliłam sobie na drzemkę i pomijając zmianę czasu na +1h w stosunku do czasu w Polsce, dość zaskakujące jest to, że o 21:37 dopiero robi się tu szaro. Lubię tak... I lubię pić herbatę w hostelowej kuchni. A potem znów pić piwo w hostelowym barze. Po tych kilku kuflach estoński nadal brzmi niezrozumiale i fascynująco :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz