piątek, 10 września 2010

Czarnobyl Tour - no ale od początku... 10.09.2010 :: 20:22

Jako że spełniłam swoje największe marzenie (dotychczasowe, bo mam już nowe), to musicie mi wybaczyć - będę się rozwlekać i rozklejać nad tematem... zapewne długo :)Tym samym zaczynam opowieść... od początku.
Wszystko już na starcie miało się "rypnąć". Wyczekaliśmy się na dworcu autobusowym w Krakowie do granic wytrzymałości. Podjechał autokar. Kazano nam nie pakować bagaży do środka. Usiedliśmy wszyscy na wyznaczonych miejscach w autokarze i otrzymaliśmy na wstępie komunikat:

"Proszę Państwa, nie będę owijał w bawełnę, cofnięto mam pozwolenie na wejście do Zony".
Rozległo się szemranie, ludzie pod nosem powtarzali: "kurwa mać", a mnie zeszkliły się oczy.....
Kazano nam wszystkim się zastanowić czy mimo to chcemy jechać zwiedzić Kijów. Oczywiście wszystkie koszty przeznaczone na wejście do Zony zostaną nam zwrócone.
Urlop wzięty, wschód niepoznany....... Niemalże bez wahania zdecydowaliśmy się - podobnie 85% uczestników wycieczki. W duchu wyłam do niebios, żeby pozwolenie się znalazło.....
Po podróży pełnej przygód - na granicy i tuż za nią - dotarliśmy do Kijowa ok. 10:00 czasu ukraińskiego.

Przed nami pierwszy punkt programu:
MUZEUM CZARNOBYLSKIE
(moje podekscytowanie wzrasta)
LINK do oficjalnej strony


Pierwsza sala zawiera świeże zdjęcia, wykonane już 26.04.1986r. Wówczas fotograf lecący w helikopterze nie zdawał sobie nawet sprawy jaką dawkę promieniowania przyjmuje wystawiając co chwilę lufę swojego obiektywu w stronę komina reaktora.
Oprócz tego wszędzie są zdjęcia pierwszych poległych, którzy zbyt długo przebywali w strefie największego skażenia. Zginęli już następnego dnia. Nikt z dowodzących akcją nie znał faktycznego poziomu promieniowania. Dotychczas nie stworzono aparatury posiadającej aż tak wielką skalę. Nie zdawano sobie sprawy tak do końca z ogromnego zagrożenia. Ówcześni inżynierowie, fizycy oraz pracownicy elektrowni mówili tylko, że jest "duże".



Poniżej sala, która ukazuje makietę całej 60-kilometrowej strefy. Dookoła zdjęcia kolejnych ofiar akcji "ratowania społeczeństwa" przed kolejnym wybuchem. Zagrożenie było duże... rozgrzany do czerwoności i płynności rdzeń reaktora gaszono piaskiem i ołowiem. Trudność polegała na tym, że i ołów i piasek topił się pod wpływem ciepła grafitu i tworzył lawę... a pod spodem, pod grubą na metr betonową warstwą znajdował się zbiornik z wodą z ewentualnych wycieków. Gdyby ta rozgrzana lawa dostała się do wody - nastąpiłby wybuch o nieopisywalnej wręcz sile. Fachowcy twierdzą, że ludzkość Europy z pewnością by nie przeżyła. Mówiąc wprost - Hiroszima i Nagasaki to byłby pikuś....


W całym muzeum dominuje motyw przewodni - w połowie obumarłe drzewo jabłoni. Jabłoń symbolizuje drzewo poznania dobra i zła. Jest to symbol siły energii atomowej, która kontrolowana przez człowieka przynosi dobre owoce, ale może też nieść śmierć i zniszczenie.(źródło)



To zdjęcie chyba jest jednym z najsławniejszych (rzecz jasna dla maniaków tej tematyki) - przedstawia pierwsze prace pomiarowe promieniowania.



Poniżej klasyczna bramka kontrolna - takie same znajdują się po dziś dzień we wszystkich check point`ach. Wszyscy, którzy byli w Zonie i ją opuszczają muszą poddać się kontroli napromieniowania ciała. Dla niektórych taka kontrola odbywa się po dziś dzień - w strefie pracuje i mieszka do tej pory kilkaset ludzi.

Salą, która najbardziej przypadła mi do gustu, jeśli chodzi o wymowę, abstrakcję i temat jest to sala upamiętniająca dzieci, które padły ofiarami choroby popromiennej.


Po środku coś jakby carskie łoże z baldachimem, a pod spodem podwieszona a`la łódź, a w niej zabawki charakterystyczne dla lat 80-tych ubiegłego wieku (znane dobrze mnie i moim rówieśnikom).


Muzeum w tej chwili ma rangę narodowego. Jest jedynym na świecie muzeum o tej tematyce. Zawiera ogromną ilość unikatowych zdjęć i filmów z tamtych dni i jako jedno z niewielu pozwala na zrozumienie niemalże w pełni tego, co wydarzyło się 24 lata temu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz