środa, 10 sierpnia 2011

Łańcut 10.08.2011 :: 20:30

Ostatni punkt programu naszej pierwszej podniebnej wyprawy to wycieczka na cały dzień do Łańcuta.
Okazało się, że trochę sfrajerzyliśmy (i to było pierwsze frajerstwo tego wyjazdu), bo zamiast pojechać jakimś busem, pojechaliśmy pośpiechem i zapłaciliśmy cenę, która była mocno wygórowana jak na podróż 23 kilometrową.
No, ale cóż - stało się. Zaplanowaliśmy już na starcie, że wrócimy inaczej :)

Wysiadka na stacji w Łańcucie to istny armagedon. Stacja zapyziała, z zamkniętym dworcem, z wiaduktem budzącym wszelkie wątpliwości co do jego bezpieczeństwa, barak postawiony obok zamkniętego budynku dworca, w którym można kupić bilet (przynajmniej tak informowała tabliczka 'hand made" z napisem KASA). A jak już minęliśmy wszelkie oznaki upadku cywilizacji w tym miejscu, wyszliśmy na ulicę, pewnie Dworcową i nastała w nas fala konsternacji... "To gdzie teraz?"
Zanuciliśmy nawet znany w niektórych kręgach utwór Mai Konarskiej:
Potem znaleźliśmy ludzi, którzy wyglądali na miejscowych. Zapytaliśmy o drogę do zamku, a ci spojrzeli na nas trochę zaskoczeni, że chcemy tam iść pieszo. Wspomnieli coś o jakiejś drodze pod dużą górę, a mnie zrobiło się słabo, że nim dojdziemy do miejsca docelowego, to narobię sobie odcisków i będę chciała wracać. No, ale skoro wydaliśmy 18 złotych na bilety w jedną stronę, to trzeba tam dotrzeć. Więc w drogę.

Nie było tak źle, choć wielokrotnie zastanawialiśmy się, czy kierunek mamy słuszny. Podpytywaliśmy więc napotkanych przechodniów i werbalnym przewodnikiem udało się dotrzeć. NIGDZIE NIE BYŁO ŻADNYCH ZNAKÓW!

Ciśnienie leciało na łeb i szyję więc pragnienie wypicia pysznej kawy stało się dominującym przed udaniem się na podziwianie nowych krajobrazów. Chciał traf, że po drodze do zamku, już na terenie całego kompleksu parkowego trafiliśmy kawiarenkę w storczykarni. Pomyślałam: "bomba! zapłacimy pewnie więcej, ale co miejscówka na kawę, to miejscówka! kawa będzie smaczna, lecz zbyt mała, przeżyjemy!" Macenty podłapał pomysł, siedliśmy pod pięknym baldachimem, czy Bóg wie czym, naokoło szklarnie, ludzie zachwyceni storczykami, a my zamówiliśmy kawy z mlekiem. No i stało się - w życiu nie piłam tak niedobrej kawy! Najprawdopodobniej najtańsze Tesco lub Biedronka podane w gustownych filiżankach MK Cafe. Gdyby MK Cafe wiedziało, jak tą lurą szargają szanowne kelnerki opinię ich firmy, rytualnie potłukliby im całą zastawę wydaną na potrzeby tej kawiarni. Ugotowałam się jeszcze bardziej, gdy Pani przyniosła mi tą kawę i jednocześnie położyła rachunek, nie zastanawiając się czy będę coś chciała zamówić, czy nie. Dziś po przemyśleniu tej sprawy dochodzę do wniosku, że ona tak specjalnie zrobiła, żebym już się nie denerwowała na kolejne nieudaczne ciasta, herbaty, skwaśniałe soki przelewane do kartonów Hortexu itp. Upijając więc łyka i wykrzywiając twarz w najgorszym z możliwych grymasie, ostentacyjnie umieściłam odliczoną co do grosza gotówkę, a na paragonie napisałam Pani co o niej i jej kawie myślę i poszliśmy dalej :)

Trafiliśmy pod zamek i od razu zostaliśmy spod niego cofnięci do kasy, która nielogicznie umieszczona jest poza parkiem, po drugiej stronie ulicy, w zupełnie osobnym budynku. Wzruszyliśmy ramionami no i poszliśmy po bilet - cholernie drogi, aczkolwiek wart swojej ceny. Bogactwo zabytkowych detali, zachowane meble, wyposażenie, wystroje z epoki, były tak nieprawdopodobne, że aż sobie z Macentym wzdychaliśmy, że tego typu hrabiowskie życie moglibyśmy wieść od zaraz.

Zwiedziliśmy też powozownię, która ma bardzo okazałą kolekcję karet i bryczek tak pięknie zachowanych i okazałych, że aż człowiekowi oko bieleje. No i z atrakcji zamkowych jest również przyzamkowy ogród, który nadaje się na niedzielny spacer i wypoczynek  z uwagi na ślicznie zagospodarowany krajobraz zielony.



Z zamku udaliśmy się na poszukiwania synagogi. Szukanie jej zajęło nam minutę! Charakterystyczna budowla przykuła naszą uwagę od razu. Weszliśmy do środka, gdzie przywitał nas pan, który jak sądzę jest opiekunem całego budynku i konserwuje wszystkie zabytki, które znalazł w tym miejscu.
To, że ta synagoga się zachowała jest ciekawym kuriozum na skalę polską, ponieważ w czasie II wojny światowej, gdy główną zabawą Niemców było niszczenie wszelkich śladów judaizmu i podpalano wszelkie synagogi w większości miejscowości w Polsce, tak ta ocalała. Była już podpalona, ale dzięki szybkiej interwencji właściciela zamku Alfreda Potockiego, szybko ugaszono pożar. Dobrze się stało, bo jest na prawdę piękna.


A potem?
Potem już był tylko powrót do Rzeszowa - tym razem PKSem i piwko na rynku w akompaniamencie folkowym.

Na koniec trafił się nam feralny powrót do Warszawy, a sam pobyt wydłużył się o 1 dobę, ponieważ nikt nie przewidział z odpowiedzialnych służb, że całe województwo podkarpackie jest skupiskiem fanów lotnictwa.
Powitanie jednego z największych transportowców na lotnisku - rusłana - kompletnie sparaliżowało ruch od Rzeszowa do Jasionki, a droga na lotnisko zajmująca normalnie ok. 20 minut zajęła nam 2:30 i wbiegając na lotnisko dowiedzieliśmy się, że samolot już kołował, a jego zatrzymanie nie było już możliwe.

Obsługa LOTu i Pani z okienka, która pamiętała chyba czasy PRLu i podwawelskiej w zamian za nieważny bilet rozwścieczyła nam podobnych, spóźnionych i stworzyła sobie małe piekło na ziemi, a ja przodowałam w podkręcaniu ludzi do kolosalnej awantury :) Bo taki ze mnie diabeł i już!

Skończyło się na przebukowaniu biletów, powrotem do Rzeszowa w korkach nieustających i kolejnej nocy w schronisku Alko z Leżajskiem w ręku. Widać tak miało być.

Swoją drogą... śliczny ten rusłan, co?


To na razie tyle :)
Następne relacje po powrocie z kolejnych podbojów świata :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz