piątek, 3 lutego 2012

126 dni na kanapie - Tomasz Gorazdowski

To jedna z niewielu książek, których w tym roku nie dokończyłam. Świadczy to o samej książce, ponieważ zarówno dookoła świata jak i motocykl to coś, co jest mi w jakimś stopniu bliskie i atrakcyjne.

Dlaczego ta książka jest zła? Bo przede wszystkim cała ta wyprawa nie jest wyprawą dla przyjemności, a z powinności. Ambitny cel Gorazdowskiego raczej daje się odczuwać na każdym kroku jako presję. A ...co to za podróż pod ciśnieniem? Dla mnie nie ma wtedy w niej ani sensu, ani wypoczynku, ani radości odkrywania. To znaczy, że równie dobrze można siedzieć w pracy i mieć presję pracodawcy. I na to samo wyjdzie.

Drugi argument to jakaś taka denerwująca pierdołowatość bohaterów. Na każdym kroku "coś". A to "coś" nie wzbudza w czytelniku współczucia czy solidarności... rozbudza we mnie raczej co rusz zaciskanie zębów, tak z niemocy jak i z irytacji. No bo dostali 2 zajebiste tenery w ramach lansu marki Yamaha i wywracali je co rusz, a jak się jeszcze okazuje na samym początku, w ogóle nie mieli ani prawa jazdy, ani siodła między nogami! Brzmi niewiarygodnie? Dla mnie nierozsądnie.

126 dni dookoła świata, a mnie doprowadził Pan Gorazdowski do irytacji mniej więcej na poziomie 190 strony i dotarcia do Singapuru... I powiedziałam: DOŚĆ.

NIE POLECAM... niestety...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz